Читать бесплатно книгу «Waligóra» Józef Kraszewski полностью онлайн — MyBook
image

Życie to obrzydło mu, pałał więc nienawiścią największą do Biskupa, do rodziny, i ojcu za jego powolność ciągle czynił wyrzuty. Wojewoda miał doń słabość, jako do swego pierworodnego.

Na widok wchodzącego Jaszka, mistrz Andrzej powstał aby brata idąc ku niemu uścisnąć, – lecz ten zimno go głową pozdrowił i prawie niechętnie powitał niewyraźnemi słowy.

Zwrócił się ku Ojcu.

– Nie wiedziałem o Andrzeju – odezwał się – dziw że nas chciał odwiedzić, tak sercem do Odrowążów przylgnął.

Ruszył ramionami. Andrzej dotknięty oblókł się swą powagą duchowną, popatrzył, nie odpowiedział.

– Nie szkodzi że pan brat tu – dodał Jaszko – tajemnic przed nim nie powinniśmy mieć, nie doszedł może do tego jeszcze aby swoich zdradzał dla obcych.

– Bracie! – odezwał się surowo Andrzej.

Ojciec dał znak Jaszkowi, na który on nie wiele zważać się zdawał.

– Tak – dodał gniewnie prawie – kto nie z nami ten jest przeciw nas.

– Naprzód z Bogiem być muszę, – odparł miarkując się mistrz Andrzej.

Nie zważając już na brata, z wielką gwałtownością rozpoczął Jaszko.

– Dość mam tego życia sromotnego, – zawołał. – Kryć się muszę jak złoczyńca, wdziać mi zbroi nie wolno. – Lada urwisz Odrzywąs może mnie jak zbiega pochwycić i wydać… Już mi się to psie życie uprzykrzyło!

Marek przerwał mu surowo.

– Dziękuj Bogu żem cię ocalił! Czego ci się zachciewa? oszalałeś.

Oczyma wskazał mu na drugiego syna, lecz Jaszko nań wcale nie zważał.

– Jadę ztąd precz! – rzekł stanowczo…

– Dokąd? – spytał ojciec…

Nim Jaszko miał czas odpowiedzieć, mistrz Andrzej wstał do pożegnania ojca.

– Idziesz już? – rzekł z wymówką Wojewoda.

– Mam moje godziny kapłańskie – odparł zimno Andrzej…

Jaszko się dziko uśmiechnął przez ramię nań spojrzawszy. Księdzu pilno odejść było, zdala skłonił się bratu, który się zwrócił i krzyż za nim zrobił w powietrzu.

Gdy Andrzej odszedł, Wojewoda z niechęcią i wyrzutem spojrzał na syna.

– Pamiętaj, – zawołał wskazując na drzwi, – ten cię jeszcze kiedyś bronić i ratować będzie musiał, gdy ty szaleństwem swem znowu popadniesz w jaką jamę.

Wzgardliwie poruszył się na to Jaszko.

– Bóg da że ja go potrzebować nie będę – rzekł.

– Dobrze zrobił, – dodał, – iż poszedł kapłańskie pacierze odmawiać, bo lepiej żeby tego nie słuchał, co ja mam powiedzieć.

Obmierzło mi to siedzenie za piecem, – ruszam lub jutro albo dziś do Odonicza, do Światopełka, gdzie oczy poniosą, do pierwszego lepszego który będzie przeciw Leszkowi stawał.

Wojewoda wybuchnął, pięści zaciskając.

– Ty! jakiś! niewdzięczny! – krzyknął, – pójdziesz po to abyś na mnie ściągnął podejrzenie nowe, żem ja zdrajcą! żeby mi starą głowę zdjęto, albo precz wyżeniono! Ty!!

Jaszko nic się nie zmięszał występem ojca gwałtownym, do podobnych będąc może nawykły, słuchał go niemal z lekceważeniem.

– Ojcze nie stanie ci się nic, jamci przecie wolny jak ptak, wedle niemieckiego słowa. – Pójdę na stracone imię.

– Pójdziesz odemnie, z mojego domu – krzyczał Marek. – Wszyscy tu o tobie wiedzą, pomówią żem cię posłał. Siedź! głupcze, przyjdzie na cię czas.

– Kiedy?? Leszkaście tak mocno posadzili że on tu wiekować będzie, a póki jego tu i Iwona, dla mnie miejsca nie ma.

Leszka mi potrzeba won wyrzucić, albo lepiej – boć oni wracają wygnani.

Pokazał na szyję, jakby ją rznął. Marek uderzył go po ręku.

– Milcz! – zawołał.

Zadumał się powiedziawszy to i stanął jakby nim nagle owładnęła niepewność. Jaszko bystry skorzystał z tego mgnienia oka – i począł gorąco.

– Ty, ja, my wszyscy ile nas jest, przepadniemy czekając czegoś lepszego. Kto chce co mieć, robić musi… Odonicz i Światopełk robią a my czekamy i doczekamy się że nam głowy pobiorą… Na Leszka trzeba nasadzić wszystkich…

– Laskonogi nie pójdzie, dosyć ma do czynienia z Odoniczem, – odezwał się cicho stary.

– A Konrad? – podchwycił śmiejąc się chytrze Jaszko – myślicie że ten nie radby żeby mu uprzątnięto Leszka? Eh! eh! nie ruszy się może nań, ale i za niego nie ujmie…

A Henryk ów pobożny. —

– Z nim mi daj pokój – daj pokój! – przerwał Marek. – Ten żony słucha, a żona mu włosiennicę rychlej da włożyć niż koronę. Razem mu zaufał i miałem tego dosyć. – To – baba…

– Obejdziemy się bez niego – szepnął Jaszko kusiciel widząc że ojciec uległ jego nagabaniu.

– Pójdzie z Leszkiem – dodał ojciec.

– Nie straszny on i jego Ślązacy – począł żwawiej coraz Jaszko. – Tam w domu mają co robić, bo się bracia jedzą…

Przerwał nagle i do ucha podchodząc ojcowskiego, jakby już sprawę miał za wygraną, począł sypać prędko.

– Powiecie żem krnąbny, nieposłuszny, uciekł. – Wam nic nie zrobią. Ja muszę do Odonicza, do Światopełka – ja się tam zdam.

– A jak złapią was!

– Zjedzą licho, – krzyknął Jaszko. – Odonicz w mniszej sukni uciekał, ja i tej nie włożę. – Lada opończa starczy! Znam drogi, wiem przechody! Możecie się mnie wypierać – a ja jeden coś zrobić mam odwagę. O głowę już nie stoję…

– Jaszko – zawołał ojciec czulej, za ramiona go chwytając – siedziećby ci i czekać.

– Nie – nie! – odparł syn – iść mi i pomódz wam i nam i sobie. Wy Wojewodą? jakim wy Wojewodą? w niewoli, w pognębieniu!! u lada klechy pod stopą… Z tem żyć dłużej nie można…

Marek na wpół przekonany zamyślił się. Jaszko bił żelazo póki gorące.

– Zniknę tak że się ani opatrzą jak się wysunę, – dodał.

– Do Plwacza nie idź – wymknęło się staremu, do Konrada nie waż mi się – ten się nie będzie śmiał do niczego wziąć. – Światopełk nasza krew, on jeden…

– No, to do niego! – odparł Jaszko, – do kogokolwiekbądź bylem się ztąd wyrwał.

Marek w obie dłonie chwycił głowę.

– Jeszcze mi tej troski brakło, – zawołał, – jakbym ich mało miał. A toć lękając się o ciebie dnia i nocy nie będę miał spokojnej!

Jaszko go w rękę pocałował.

– Śpij stary smaczno, a o mnie się nie troskaj. Jaszko sobie rady da…, a jak ja zasnuję, wy dotkacie.

Śmiał się dziko, zacierając ręce. Marek drgnął niespokojny… Zaczęli coś szeptać po cichu i siadłszy rozprawiali tak aż ich komornik wywołał obu do jadła, które na wieczór podano. Jak się skończyła rozmowa oni tylko dwaj wiedzieli, z twarzy jednak miarkować było można iż się porozumieli i stary już się synowi nie sprzeciwiał. We dworze potem żadnej różnicy od zwykłych dni nie było, ani przygotowań, ni widomego ruchu, a gdy Jaszka trzeciego dnia nie stało z kilką ludźmi, Marek Wojewoda zdał się nie wiedzieć że zniknął i nie pytał. Ochmistrzowi swemu powiedział głośno iż na łowy pojechać musiał. Tak wszyscy sądzili.

Dopiero w dziesiątek dni, gdy nie powracał, zaczęto się dowiadywać, pytać, niepokoić, szukać, a Marek udawał iż gniewnym był na syna.

Tegoż wieczora spotkali się na zamku z Biskupem, wychodząc od księcia.

– Strapienie mam, niemałe, – rzekł wzdychając do Iwona – zginął mi kędyś Jaszko, o którym wiecie żem go przez miłosierdzie przytulił. Niespokojna dusza, nieszczęśliwy człek, gnuśności nie mógł znieść, gdzieś znowu tułać się poszedł.

Biskup spojrzał bystro na Marka, lecz ten twarz miał tak strapioną, iż podejrzewać go trudno było.

– Niech go Bóg strzeże – rzekł Biskup. – Źle uczynił iż się zerwał tak, bylibyśmy mu u księcia wyrobili łaskę i przebaczenie. Szkoda by się marnował.

– Zawsze krnąbrny był – dodał Marek… – W domu z nim ciężar miałem… nieraz i nasrożyć się przyszło…

– Źleby było gdyby, uchowaj Boże, do Plwacza albo do Światopełka przystał, – rzekł Biskup, – rozniosłoby się to, a drugi raz winien jużby przebaczenia nie zyskał.

– Bóg niech mnie od tego na stare dni uchowa! – westchnął Marek…

– Z duszy życzę aby was od tego bolu Bóg miłosierny strzegł, – zamknął Iwo…

Nie mówili o tem więcej, Wojewoda do domu powrócił niespokojny. Biskup tegoż dnia przywołał mistrza Andrzeja do siebie.

– Od ojcam waszego słyszał, – odezwał się, – iż Jaszko się oddalił, nie wiedzą dokąd?

Andrzej pobladł, spojrzał Biskupowi w oczy śmiało i z wyrazem który o prawdzie słów jego wątpić nie dozwalał, rzekł.

– Nic o tem nie wiem – Jaszko niespokojnym był i jest, ojcu go utrzymać trudno było po wsze czasy… Nie winien temu ojciec nasz…

– I ja go nie myślę obwiniać – odezwał się Iwo spokojnie. – Jaszka wszyscy znaliśmy i znamy…

Lękam się aby nie wpadł w ręce wichrzycielom… Zły los go spotkać może…

Na surowej twarzy mistrza Andrzeja pokazały się dwie łzy, prędko otarte, pocałował rękę biskupią i oddalił się wzruszony.

Biskup ani nazajutrz, ni dni następnych, spotykając się z Wojewodą, już go nie pytał o syna. Tem jasnowidzeniem jakie dane jest duszom czystym, wiedział on, nie potrzebując badać, iż Jaszko uszedł do Odonicza lub na Pomorze.

Nie przywiązywał do tego zbytniej wagi, bo choć Jaszko był energiczny i jako rycerz, mimo owego pierzchnięcia z placu umyślnego, niepospolitą miał odwagę, – na nim jednym nic nie zależało. Małym się wydawał człowiekiem.

W ciągu tych dni Biskup najwięcej starym Waligórą był zajęty. – Zbierano dlań poczet ludzi, służbę której część ściągnąć musiano z Białej Góry, odziewano zaciężnych, wyszukiwano czeladź pokaźną.

Iwo choćby był chciał łożyć na to, nie miał z czego.

Dochody biskupstwa znaczne i własne mienie, ledwie starczyły mu na mnogie i nieustanne fundacye klasztorów i kościołów, którym się dziwowano, bo je z królewską szczodrobliwością nadawał.

Cystersi, Norbertanie, a nawet Dominikanie, których suknie dwaj synowcowie przyoblekli, sadowili się na wsiach i ziemiach przez Biskupa Iwona nadawanych. Sarkała z początku rodzina widząc tak rozposażne mienie swoje, lecz Cesław i Jacek bratankowie już nic nie potrzebowali, Mszczuj miał dosyć, inni widząc jak Pan Bóg w rękach tych pobożnie rozrzutnych mnożył cudownie mienie – umilkli.

Mszczuj, który uległ posłuszny bratu, i przejął myśli jego, nie wahał się też własnego grosza dać na to co już za potrzebne uważał. Mała to dlań była ofiara, bo syna nie miał, a dla dwu córek zawsze dosyć zostać miało.

Ze skarbca więc na gródku wożono nietylko sukno i odzieże, ale srebro i złoto nagromadzone od tych czasów, gdy za Bolesławów pierwszych było go jak drzewa w Polsce…

Ludzie zdala patrzyli a patrzyli dziwując się co Waligóra z tym dworem i ludźmi tak po pańsku ściąganemi czynić myśli.

Jednego wieczora gdy książe Leszek z łowów z dobrą bardzo myślą powracał, a polował za Wisłą w tych klasztornych lasach, które ojcu Kaźmierzowi dozwolone były, – Wojewoda go u przewozu przez rzekę spotkał, umyślnie czy trafem, trudno wiedzieć.

Korzystał z tego iż sami chwilę byli.

– Dobrze żeś Miłość Wasza, zażył rozrywki która mu się dawno należała, – odezwał się. – Dosyć nasz świątobliwy Biskup Waszą Miłość nastracha i nanudzi, gdy doma siedzicie.

– Czyni to pewno z miłości dla nas, – rzekł Leszek, który na Biskupa mówić nic nie dawał, – niech go Bóg zdrowym trzyma na opiekę i błogosławieństwo państwu temu…

– A! świętyć jest, i za życia błogosławionym go zwać mało – odparł Wojewoda – lecz jako duchowny nawykły ludzkie myśli roztrząsać, często próżnym wyciągnionym z nich nabawi was strachem…

Leszek się uśmiechnął.

– I sam też trwoży się do zbytku, – mówił Wojewoda. – Sądzę że nie z innego powodu brata sobie do boku sprowadził, który już spoczynku potrzebował. Żal starego…

– Mówicie o Mszczuju Waligórze? – zapytał książe… Cośem słyszał iż tu jest…

– Brat go przywiózł mimo woli, – dodał Wojewoda.

– Mimo woli Waligóry ściągnąć trudnoby było – odezwał się Leszek, – bo to żelazny człek…

– Nie ten już co był – wtrącił Marek…

Książe spojrzał…

– Dobrze iż Biskup go ma, bo rodzinę kocha, a tej się dla Chrystusa wyrzekł całej. – Z Jacka i Cesława pociechy mało, bo ci Bogu więcej niż stryjowi służą. Święci i to młodzieniaszkowie!

Książe głowę skłonił.

Po chwili zapytał Wojewodę.

– Co Mszczuj tu myśli poczynać, nie wiecie?

– Nikt go nie widział jeszcze – odparł Marek.

– Ani ja – potwierdził książe.

– Że mnichem za przykładem synowców nie zostanie – mówił Wojewoda – zda się pewnem, bo nie czas… a i córki ma, co pieczy potrzebują.

– Z córkami tu jest? – spytał Leszek.

– Zda się że ich tu nie ma…

Mówił potem Wojewoda o innych rzeczach, usiłując Leszkowi tak właśnie odmalować wszystko jak on mieć pragnął. Nie kazał mu się lękać niczego, lekceważąc prawił o Odoniczu, wzgardliwie o swym powinowatym Światopełku, z poszanowaniem dla Konrada.

Wtrącono coś i o Krzyżakach rycerstwie które Leszek rad był widzieć zasłyszawszy o niem wiele. Wojewoda doniósł że właśnie dwóch z nich już do Płocka pociągnęło, aby się o uczynione nadania umówić.

Tak gwarząc dojechali do zamku na Wawel a Marek zabawiwszy Leszka, wymknął się do swego dworu…

Nazajutrz książe zapytał Biskupa o brata Mszczuja, którego sławę siły i męztwa pamiętał.

– Jest on tu, – odparł Iwo – ściągnąłem go po to aby Waszej Miłości służył. Wiernych sług pod te czasy zanadto mieć nie można. Nie potrzeba mu nic – ani tytułów ani urzędów, a można go będzie użyć gdzie drudzy nie zechcą lub nie zmogą. Wziąłem go sobie do pomocy W. Miłości do usług wiernych.

Książe podziękował.

– Bóg łaskaw, – rzekł – służba u mnie lżejszą coraz będzie… Pokój uchwalemy i używać go będziemy!!

Biskup spojrzał nieśmiało na pana swego i zamilkł.

Бесплатно

0 
(0 оценок)

Читать книгу: «Waligóra»

Установите приложение, чтобы читать эту книгу бесплатно