Читать бесплатно книгу «Waligóra» Józef Kraszewski полностью онлайн — MyBook
image
 



– Piękna to i miła rycerska zabawa te łowy, – odrzekł Biskup, – ale miłościwy panie, na waszych ramionach dużo leży, wiele biednych się na was ogląda…

Ja sądzę że gdy tyle spraw zalega, znowu Colloquium było potrzebne, lub w krakowskiem albo w sandomirskiem…

W Colloquium zastąpicie mnie Comesami i przedniejszem rycerstwem – rzekł Leszek, – sędzia mój nadworny, podsędek, kanclerz… Jam chyba tam na to potrzebny ażebym miejsce zajął poczestne… A czyż są sprawy tak pilne?

– Znajdą się zawsze byle wiec był zwołany – odparł Biskup…

Leszek westchnął.

– Ludzie bo, – dodał, – spokojnie żyć nigdy nie mogą.

– Są ludźmi! – westchnął Biskup.

– Sądzić sprawy! – dorzucił książe, – sądzić sprawy, naówczas gdy taka jesień śliczna do lasu woła; gdy skwary letnie przeszły a zima ciężka jeszcze daleko… Prawda ojcze mój – panowanie jest niewolą zarazem – i – jak powiadają, im wyżej kto siedzi tem mocniej się poci…

U drzwi zamkowych księżna uśmiechem wdzięcznym pożegnała Biskupa, spieszyła do Bolka swego, którym się oboje tak cieszyli jak pierworodnym i jedynym.

– Zobaczysz dziecię i pobłogosławisz, ojcze nasz, – rzekł książe, – rośnie w oczach, a rozumny jest iż zdumiewa wszystkich!

– Niech rośnie na pociechę naszą – odparł Biskup nieco roztargniony…

Leszek ciągle wesoło zagadując wprowadzał Iwona do wielkiej izby gościnnej, gdy ten zatrzymał się w progu i szepnął.

– Miłościwy książe, radbym z wami, kanclerzem Mikołajem i Markiem Wojewodą, trochę pomówił na osobności, lepiej nam będzie w komorze waszej niż tu, gdzie nas łacno niespodzianie kto zajść może…

Dwór właśnie tłumnie napływał do izby, Leszkowe oblicze sposępniało, znać było że mu ta na osobności rozmowa mięszała szyki, mąciła spokój, że radby ją był bodaj odłożyć – lecz z Iwonem gdy co rzekł, – opór był trudny…

Tuż za niemi szli ci powołani przez niego, stary Mikołaj Repczol kanclerz, w czarnej sukni duchownego, z bladą twarzą wielkiemi pofałdowaną marszczkami, mąż silnej budowy na oko, lecz zmuszony na kiju się opierać. Twarz jego może skutkiem cierpień wewnętrznych więcej jeszcze troski i zadumy wyrażała niż Biskupia. Iwo też większą pewnie miał wiarę w przyszłość nad niego. Drugim był Marek Wojewoda mąż też lat już podeszłych, ale rycerskiej postawy, którego oczy niespokojne do czuwania nawykłe, biegły badając zarazem twarz Iwona i Leszka… Z nich dwu większą i pilniejszą uwagę zdawał się zwracać na Pasterza. Wszyscy tu tak mu ulegali jak sam książe.

Leszek też zmusił się zaraz do przybrania łagodnego wyrazu i z pośpiechem zwrócił się ku komorze swej, którą na znak pański stojące u drzwi otwarło pacholę… Było to najmilsze schronienie pana, izba w której tylko pożądanych a poufałych przyjmował gości. – Z niej naturę i charakter księcia poznać mógł każdy łatwo… Ścian prawie w niej widać nie było tak zawieszono ją całą rozmaitego rodzaju bronią myśliwską i rycerską, w której Leszek się kochał.

Był w tem ład pewien i zamiłowanie widoczne… Szeregiem stały zbroje lżejsze i cięższe, wschodnie i włoskie, niemieckie i starodawne z blach i naszywanych łusk składane. Rzędami stały hełmy od dawnych ciężkich i mniej kształtnych, do tych które teraz zdobiono rogami, skrzydły i postaciami zwierząt złoconemi i malowanemi…

Świeciły pasy rycerskie drogiemi kamieniami i emalią, wisiały przy nich miecze, mieczyki, puginały, noże myśliwskie; dalej oszczepy kute, włócznie, siekierki bojowe, buzdygany z przywieszonemi na łańcuchach kulami, najeżonemi ostremi strzały, łuki sadzone, kołczany, tarcze…

Cała jedna połać świeciła większemi i mniejszemi szczytami, z wizerunkami lwów, orłów, gryfów, a w pośrodku na jednej misternie wyrzeźbiony i pomalowany był rycerz jadący konno, który niedźwiedzia rzucającego się nań oszczepem uderza. Taki sam wizerunek jak na tej tarczy chciał Leszek mieć na swej książęcej pieczęci…

Podłoga pańskiej komory cała była grubo wysłana skórami zwierząt, ubitych ręką pana. Chlubił się on tem że, dwie komnaty zasłał tym łupem łowów, wśród którego i pamiętny niedźwiedź leżał, co już konia Leszkowego pochwycił był łapami, gdy mu cios zadał śmiertelny…

Izba ta wprawdzie najmilszą była książęciu, ale do poważnej narady najniebezpieczniejszą, Biskup wiedział o tem z doświadczenia, bo ilekroć tu się odbywały obrady, Leszek je zawsze przerywał, mówiąc o swych zbrojach, orężu i czynach łowieckich. Jak myśliwy, jak rycerz lubiał o tem rozprawiać, a najmilszemi mu byli ci co słuchali go chętnie i podziwiali zręczność jego, której zresztą nikt nie mógł zaprzeczyć.

Iwonowi wskazawszy miejsce na wysłanem krześle, książe sam stanął naprzeciw niego, a za nim sparty na kiju swem kanclerz i w bok ujmujący się Wojewoda.

Lice Leszkowe znowu jakby błagając o litość Biskupa, uśmiechało się do niego, z Iwona uśmiechu wywołać nie mogąc. Widać było że książe nic się zbyt ważnego nie spodziewając w rozmowie, krótko ją sobie zbyć życzył.

Spojrzawszy na Biskupa, który się zadumał, myśląc od czego pocznie – Leszek też zachmurzył się.

– Mam to nieszczęście – odezwał się Iwo, – żem ja zawsze prawie przeznaczony być dla miłości waszej, złej wróżby ptakiem…

– Owszem, – odparł Leszek żywo – wy mi jesteście najlepszym opiekunem i ojcem…

– Ale z miłości i troskliwości ku wam – zawsze złe wieści przynoszę…

– Czyż złe? ojcze mój? – spytał książe ręce składając…

– Życie wszelakie twardem jest, a samiście rzekli, – odezwał się Biskup, – im kto wyżej siedzi.

– Radźmy więc na to złe – żywo rzekł Leszek, – radźmy aby je usunąć. – Lecz wy, ojcze mój drogi – dodał, – wy z tej ojcowskiej waszej pieczołowitości nademną, często może więcej widzicie złego niżeli jest… Ja radbym i w zło i w złych co je sprawiają nie wierzyć…

– Przecież, miłościwy panie, – westchnął Iwo, – dopuszcza Bóg zło aby było dobrego probierzem…

Nastąpiła milczenia chwila.

– Sam będąc dobrym, – dołożył Iwo, – nie chcesz, miłościwy panie, wierzyć w ludzką przewrotność.

– Lecz, o kim mówicie? – nagląc i spiesząc aby prędzej się uwolnić – zawołał książe.

– Zacznijmy od Odonicza – odezwał się Biskup, – ze złych pono ten najgorszy, jeźli pierwszeństwa nie trzeba jeszcze przed nim dać szwagrowi jego Światopełkowi. Odonicz chciwy jest panowania jak dziad jego Mieszko, ma jego żądze i upór żelazny i przykład jego przed sobą – ale stokroć winniejszy Światopełk, który waszą i ojca waszego łaską na wielkorządzcę Pomorza wyznaczony, chce je nieprawie i niewdzięcznie zagarnąć i oderwać…

– Ah! – zawołał Leszek – Światopełk ma butną Jaksów krew w sobie, – to prawda, lecz któż wie czy Odonicz jego czy on Odonicza podburza i szczwa… Oba oni razem nie zdają mi się niebezpiecznemi…

– Miłościwy panie – przerwał grubym, ponurym głosem kanclerz Mikołaj – lękam się aby do nich dwu jeszcze kogoś trzeciego nie potrzeba przyłączyć do regestru nieprzyjaciół twych…

Leszek odwrócił się ku niemu, zmarszczony, z wymówką w twarzy, niemal z groźbą do której nie był nawykły. Kanclerz skłonił głowę i zamilkł.

– I jabym był tego zdania że Światopełk z Odoniczem nie mieliby odwagi – dodał Biskup, – gdyby nie oglądali się na kogoś, czyjego imię wymówić nawet usta się wzdrygają.

Leszek drgnął cały, podniósł głowę obrażony, i zdawał się na chwilę krótką nawet poszanowania należnego Biskupowi zapominać.

– Ojcze! – zawołał. – Krwawicie mi serce! a krwawicie je napróżno! Domyślam się kogo mi jako nieprzyjaciela wskazać chcecie. Ale nie! nie! nie chcę temu uwierzyć, nie uwierzę i gdybym miał się omylić, gdybym miał omyłki paść ofiarą, wolę zginąć niż posądzić – brata… Jednej matki dzieci – my…

– Jesteście różni jako Abel i Kain – odezwał się Iwo z siłą wielką. – Wspomnij książę młodość! Byliżeście kiedy podobni do siebie? Wy miłością jesteście, srogością tamten; wy dobrocią, on okrucieństwem, wyście władzy niechciwi, on panowania żądny…

Leszek słuchał z głową spuszczoną, chmurny, lecz nieprzekonany.

– Konrad tak złym nie jest, jak się – obawiacie, – rzekł. – Gorętszym odemnie jest Bóg mu dał więcej siły, więcej też pragnień, lecz w sercu jego…

To mówiąc okiem rzucił po przytomnych, wszyscy dziwnie niedowierzająco, niemal z politowaniem słuchali. Leszek zatrzymał się na chwilę i dokończył.

– Konrada zostawmy w pokoju.

Marek westchnął, Iwo spojrzał na kanclerza – umilkli.

– Mam złe poszlaki – odezwał się po długim przestanku Biskup – potrzeba czuwać przynajmniej, wiedzieć, badać, aby nas nie pochwyciło niebezpieczeństwo nieprzygotowanych…

– Odonicz – przerwał nagle Leszek, – walczył z Laskonogim raczej niż zemną, wszystko się skończy, gdy ich podzielim i pojednamy…

– A jestże sposób pojednania ich gdy jeden wszystko chce posiąść i wydrzeć drugiemu? – zapytał Biskup.

– Przypomnijcie sobie – odezwał się Leszek łagodnie, – ową wyprawę Henryka Wrocławskiego na mnie, gdy on też chciał mi odebrać Kraków, chciał wydzierać i z wojskiem stał nad Dłubnią. – Krew się już lać miała, przecież pobożny, święty Henryk mój, usłuchał rady, dał się przekonać, zażegnaliście tę burzę… i uścisnęliśmy się jak bracia, zamiast wojować jak wrogi.

– Rzekliście – odparł Biskup – Henryk był pobożnym i świętym, dlatego słów zgody usłuchał, a Plwacz nim nie jest… a Światopełk zdrajca, wie że zgody z nim być nie może!!

Usłyszawszy to zachmurzył się Leszek i usta mu się ścięły.

– Radźcie więc wy – zawołał z rozpaczą jakąś – jam ślepy i nieudolny – radźcie!

– Ani ślepi, ani nieudolni nie jesteście – przerwał Biskup do uścisku ręce podnosząc – ale dobrzy do zbytku, a oną dobroć znając źli z niej korzystają!!

Znowu się rozmowa przerwała, wszyscy spoglądali na Leszka, który mimo łagodności, nie ustępował ze swych przekonań…

– Radźcie, – rzekł z rozrzewnieniem jakiemś powolnie książe – ja wam tylko jedno przypomnę, że oto, dzięki opiece Bożej, ja z mą ślepotą i nieudolnością gdym już wydziedziczonym był przez Laskonogiego, panuję, gdym przez Henryka wypędzonym być miał – siedzę na stolicy mojej. – Dzieckiem wyganiał mnie nieboszczyk stryj tylekroć, Opatrzność mi zwracała co on wydzierał – i oto w spokoju i błogosławieństwie rządzę i panuję… Opatrzności też tej tak zawierzam, iż gdybym wrogami otoczonym być miał, nie zlęknę się – i w spokoju losu mojego oczekiwać będę.

– Jeżeli tak – odparł zwolna Iwo powstając – cóż my czynić mamy? Ja tej ufności w bezpieczeństwo nie dzielę, choć Opatrzności wierzę… My nad wami czuwać musiemy!

Leszek jakby się ciężaru zbył, zbliżył się do Biskupa prędko i rękę jego ucałował.

– Radźcie, – rzekł – czyńcie co uznacie słusznem, ja się zastosuję do światłej rady waszej…

W tejże chwili zwrócił się do Marka Wojewody…

– Miły mój – tarcz tych ciężkich, obładowujących zbytnio żołnierzy naszych, czasby zaniechać. – Nie wiem czym wam pokazywał niemieckie nowe, jak przedziwnie lekkie są.

To mówiąc książe zwrócił się do rzędem wiszących na ścianie szczytów. Marek Wojewoda ruszył ramionami…

Biskup powstał z siedzenia…

– Mówicie o zbroi – ja zaś muszę do spraw moich…

Książe pospieszył go żegnać, i rad że się ciężkiego pozbył sporu, z wielką uprzejmością odprowadził Iwona, aż za próg dworu. Tu odebrawszy błogosławieństwo i widząc że Marka Wojewodę zabierał mu od tarczy Biskup, zwrócił się wracając do młodego Pakosza, ulubieńca swojego, skinąwszy nań aby szedł z nim do zbrojowni…

A tu się wnet o broni nowej, i o łowach żywe się rozpoczęły rozprawy.

– Święty człek nasz Biskup Iwo, – odezwał się do Pakosza – ale na rycerskich sprawach cale się nie rozumie… i z nim o niczem mówić nie można, chyba o takich świętych jak on i o tych których on chce nawracać, aby też świętemi byli.

Kocham go jak ojca! ale smutny jest jak noc, i z sobą mi przynosi zawsze gorycz jakąś…

Pakosz głową potwierdzał co pan mówił, nie śmiejąc słowami. I poczęto mówić o lekkich tarczach…

Бесплатно

0 
(0 оценок)

Читать книгу: «Waligóra»

Установите приложение, чтобы читать эту книгу бесплатно