W kilka dni potem wieść się po Krakowie rozeszła, która na dworze Leszkowym, na dwa obozy podzielonym, wielkie wrażenie uczyniła.
Rozpowiadano o tem jako Biskup brata swojego, od dawna zapomnianego, który od lat wielu na wsi się zagrzebał i wyrzekł był świata, gwałtem wyrwał z pustelni i przywiózł do Krakowa, nakazując mu tu ze znacznym dworem stać na straży przy sobie.
Znano starego Waligórę tylko z powieści jakie o nim chodziły w tych czasach, gdy mu dano to jego przezwisko. Wiedziano iż pan był możny, że Niemców miał w ohydzie, siłę olbrzymią a wolę żelazną.
Wnosili więc wszyscy, iż znowu przygasła na czas wojna między Jaksami a Odrowążami wybuchnąć groziła, gdy tego pomocnika ściągać Biskup potrzebował. Waśń tych dwóch możnych rodów stara już była i nie od dziś dnia się poczynała.
Jaksowie sobie rościli prawa wielkie krwi swej i rodowi należne, pochodzenie wiodąc od kneziów jakichś, a sięgając aż do Pepełków… i Leszków prastarych. Nie rzadko słyszeć ich było można z tem się odzywających że nim Piastowie przyszli do panowania, oni już je w rękach dzierżyli.
Odrowążowie, choć starzy w sandomirskiej ziemi jak ona, choć mnogiemi majętnościami władający, nie wiedli się z tak wysoka. Ale oni rośli właśnie, gdy Jaksowie maleli. Jeden tylko stary Mszczuj dobił się był wielkorządów na Pomorzu, które potem na syna Światopełka wyprosił, a drugi powinowaty mu Marek krakowskim był Wojewodą. Na nich dwu reszta się opierała.
Iwo Odrowąż który miał oko prorocze, z niedowierzaniem patrzał na ród pragnący panowania i roszczący sobie jakieś do niego prawa. Nawzajem Jaksowie czuli w nim nieprzyjaciela stojącego im na zawadzie…
Syn Marka Wojewody czasu jednego był wyprawiony z innemi Jaksami i Odrowążami społem na straż od pruskiej granicy. Szli z nim Dzierżek i Budzisław powinowaci Biskupa. Za podmową Jana Jaksy, który nienawistnych sobie Odrowążów chciał na rzeź wydać, pierzchnęli naówczas z częścią wojsk, i byli przyczyną że Dzierżek syn Abrahama i Budzisław Izasławów, wraz z wielą innemi schwyceni przez pogan, życiem zdradę tę przypłacili.
Naówczas Iwo Biskup, krwi swej przelanej mszcząc się, wymógł na Leszku iż winnych, Jana z towarzyszami sromotnie z majętności i urzędów powyrzucano…
Marek Wojewoda krakowski mszcząc się za syna i powinowatych, uknuł naówczas spisek we Wrocławiu z Henrykiem Brodatym i wyciągnął go na Kraków i na Leszka.
Zagrożony książe wezwał na pomoc brata, wojska z obu stron spotkały się nad Dłubnią, lecz pobożnego Henryka duchowieństwo, a na czele jego Iwon skłonił do zgody. Ślązak przypomniał sobie radę żony, aby cudzego nie pragnąć, nastąpiło przejednanie uroczyste i gody…
Markowi Wojewodzie Leszek zawsze łagodny i wspaniałomyślny przebaczył, innym Jaksom pofolgowano – nastąpiło przejednanie, albo raczej zawieszenie broni.
Lecz ani Iwo od nich mógł być bezpiecznym, ani oni mu dowierzali. Ogień tlał pod popiołem.
Pozorna zgoda kryła tajemne knowania. Marek Wojewoda służył Leszkowi przed biskupem wszechwładnym skłaniał głowę, mówił że uraz dawnych nie pamiętał, lecz w duszy Światopełkowi powinowatemu życzył dobrze, i kto wie jakie roił w przyszłości odmiany. Poszlakować go było trudno, zawierzyć mu niebezpiecznie.
Pod samym bokiem Biskupa miał Wojewoda syna mistrza Andrzeja kanonikiem. Temu już zawczasu infułę krakowską przeznaczono, a choć uczony i pobożny mąż nie rad był może przeciw Pasterzowi swemu występować, choć z pokorą był dla niego, – nie mógł i ten o swoich zapomnieć, a wpływom ojca i brata się opierać.
Wojewoda Marek, jakeśmy widzieli, wzywany był do rady, Iwo przy nim mówił otwarcie o Światopełku, za którego on ujmować się nie myślał, – lecz w sercu co się działo, Bóg jeden wiedział a Biskup zgadywał.
Musiał się więc mieć na baczności, jeźli nie dla siebie, to dla pana swego, któremu groziły niechęci skryte i przywiązanie kłamane.
Zjawienie się Waligóry w Krakowie, zaniepokoiło Jaksów.
Wiedziano że baczny a rozumny Biskup napróżno nic nie czynił i brata potrzebować musiał, gdy go tu ściągnął. Obawiano się też aby mu jakiego znacznego przy księciu nie powierzono urzędu, przez który wpływ Odrowążów wzmógłby się jeszcze.
Lecz nie słychać było aby Waligóra stawił się na dworze pańskim, spostrzegano tylko że ludzi ściągał, czeladź zbierał, i na dobre się tu rozgaszczał. Tegoż dnia po rannej radzie, która spełzła na niczem, po krótkiej rozmowie z Biskupem, Marek Wojewoda zasępiony i niespokojny wrócił na swój dworzec – pod zamkiem.
Wawel na którym mieszkał książe, dom biskupi po nim, wreszcie wojewodziński, stanowiły naówczas trzy ogniska, trzy siły, od których zależały kraju losy. – Na grodzie książęcym walczyły z sobą dwa wpływy: Biskupa który Leszkowi był radą i ojcem duchownym, i Marka Wojewody, nie śmiało ale zręcznie starającego się krzyżować zamysły pobożnego Biskupa. Ilekroć Iwo stanowczo żądał czegoś, Wojewoda ulegał, nie występował przeciwko niemu otwarcie, potajemnie zawsze prawie idąc w przeciwnym kierunku.
Po otrzymaniu przebaczenia za zbieżenie do Wrocławia i przerzucenie się na stronę Henryka, Wojewoda musiał być ostrożnym. Z Leszkiem szło mu łatwo, bo ten chciał zapomnieć urazy i zawierzał ochotnie, ale Biskupa wystrzegać się musiał…
Zaledwie przybywszy do domu, którego podwórca i izby zawsze pełne były rycerstwa i zaciężnych żołnierzy, hałasu i wrzawy, Wojewoda posłał po syna mistrza Andrzeja, mieszkającego przy Biskupie; – sam zaś wyszedł do dworzan oczekujących nań, starając się troskę ukryć, udając wesołość i myśl swobodną.
Dwór wojewody był tak prawie liczny jak książęcy i na wzór jego złożony. Ochmistrz, komornicy, kanclerz, dwóch kapelanów, koniuszy, podczaszy, skarbny, młodzież dorodna do posług rycerskich nie odstępowali nigdy starego hetmana. Z małemi wyjątkami była to gromadka lub z Jaksów, Jaksyców, ich powinowatych, albo z przyjaciół rodu złożona.
W nadziei osadzenia kiedyś na katedrze biskupiej syna, Marek posyłał go za granicę dla nauki, uczynił go kapłanem, postarał się dlań o kanonię krakowską – i – czekał na spadek po Iwonie.
Lecz, nie zupełnie był rad ze swego syna. Andrzej do serca wziął powołanie, a obcując z pobożnym Iwonem, powziął dlań cześć wielką i nie chętnie dawał się ojcu używać za jego planów narzędzie.
Mistrz Andrzej posłusznym był rodzicielskiej władzy, jak na bogobojne dziecię przestało, zawsze gotów do obrony rodziny, lecz – niechętnie posług tajemnych się podejmował i przeciw Pasterzowi coś czynił.
Był to człowiek młody jeszcze, postawy któraby więcej przystała rycerzowi niż księdzu, ale twarz jego, na której nigdy prawie uśmiech nie zawitał, onieśmielała i budziła nawet w ojcu niepokój. Zdawał się oczyma bystremi przenikać na wylot człowieka, czytać w duszy – a namarszczone brwi i usta dumne mówiły że co wyczyta tego nie przebaczy.
Prędzej niż się Wojewoda spodziewał, mistrz Andrzej, którego posłany na drodze spotkał, zjawił się na dworcu, z wielkiem uszanowaniem witany. Ojciec czekał nań w swej izbie sypialnej, bo chciał się rozmówić sam na sam.
Zastał go syn głaszczącego ogromnego starego psa ulubieńca, który już na nic się nie zdał, bo stracił węch i słuch, lecz Marek trzymał go jako wysłużonego…
Na widok syna powstał Wojewoda, a takie było poszanowanie dla duchownych, iż go przyjął jakby obcego i w rękę się nie dał pocałować. Posadził go zaraz przy sobie, pytając czyby pić lub jeść nie chciał.
Postem się wymówił mistrz Andrzej. Ojciec wesołą przybrał postawę.
Zdradził się tylko pytaniem za pospiesznem z troską swoją.
– Biskup powrócił! – wyrwało mu się.
Syn spojrzał nań bystro, spuścił oczy…
– Tak jest – odparł krótko.
– Nie wiem gdzie bywał, – rzekł po chwili Wojewoda – ale znowu pełne rękawy strachu przywiózł, aby księciu nie dać nigdy spoczynku.
– Nic nie wiem – odezwał się syn obojętnie.
– Cóż? kryje się przed wami? nie zwierza? – dodał szybko Marek. – Można się tego spodziewać. Odrowąż zawsze Odrowążem, gdy Jaksę Gryfa zobaczy przed sobą!! Ani my ich ni oni nas zapomnieć nie mogą!!
– O sprawach świeckich nie mówiemy nigdy, – odparł syn – a w rzeczach Kościoła Biskup Iwo jest dla mnie ojcem łaskawym i uskarżać się nań nie mogę…
– Tyś zawsze rad wszystkiemu, – począł żywo Wojewoda. – Ale właśnie to dowodzi że nam i tobie nie dowierza, iż z tobą o sprawach świeckich nie mówi…
– Jam się do nich nie rad mięszać – rzekł Andrzej ciągle spokojnie.
– A przecie powinieneś – stanowczo i z naciskiem podchwycił Marek. – Wiadomo to wszystkim że masz kiedyś zastąpić Biskupa Iwona na tej stolicy. Patrzajże czy on zaniedbuje sprawy świeckie? Wcześnie się do nich gotować potrzeba.
– Ojcze miły – przebąknął oczy spuszczając Andrzej, – wcale to jeszcze niepewna komu Pan Bóg przeznaczył zastąpić Biskupa Iwona. Ja się tego nie czuję godnym, a kapituła krakowska wybierać będzie sama i narzucić nie da Pasterza.
Uśmiechnął się Wojewoda.
– Z kapitułą potrafiemy się porozumieć, – rzekł cicho…
Rumieniec jakiegoś wstydu wystąpił na lice mistrza Andrzeja, lecz przez poszanowanie dla ojca wstrzymał się od odpowiedzi.
– Biskup z sobą przyciągnął brata – rzekł Marek zmieniając rozmowę. – Znałem go niegdyś, gwałtownym był, siłaczem wielkim… ale wichrzył zawsze… Pokoju z nim nikt nie miał, osiadł był gdzieś na ślązkiej granicy i długo go tu słychać nie było, po cóż teraz go zwołali?
– Nie wiem! – odparł Andrzej.
Zżymnął się Marek – namarszczyła mu się brew…
– Mówmy otwarcie – rzekł głos zniżywszy i stając przed synem. – Czuje to dusza moja że nam Jaksom znowu niebezpieczeństwo zagraża. Iwo jest mściwy.
Mistrz Andrzej wstał z siedzenia i złożył w krzyż ręce na piersiach.
– Ojcze miły, przebaczcie, Iwo mściwym nie jest!
To zaprzeczenie wzruszyło Wojewodę, który zdał się chcieć wybuchnąć, i powstrzymał.
– Nie znasz go! – zamruczał.
– Ojcze drogi – obcuję z nim codziennie, mąż jest Chrystusów, człowiek święty… a zemsta jest niechrześciańską i zabronioną zakonem…
Wojewoda popatrzył na syna z politowaniem i wyrzekając się sporu, zamilkł…
– Światopełk jest naszym powinowatym, – począł zwolna, – jeden ród, jedna krew. Kole ich to w oczy że na Pomorzu włada, chcieliby go wygnać, pomawiają o zdradę, czynią go wspólnikiem Plwacza…
– Plwacz się z jego siostrą Helingą ożenił – szepnął Andrzej.
Cała ta rozmowa tak widocznie dolegała mistrzowi Andrzejowi, odpowiadającemu z musu, pół słowami, iż ojciec widząc że go wciągnąć nie potrafi w nią, zamilkł i nagle spytał.
– Cóż ten Waligóra tu zamyśla?
– Chociażbym rad coś o tem powiedzieć – odezwał się Andrzej, – nie wiem nic cale. Zdaje się że Biskup go chce mieć przy sobie.
– I użyć do swych zamiarów! – przerwał Wojewoda – i pewnie go przy Leszku umieścić, aby na straży stał gdy Biskup sam nie może.
Któż wie, Iwo gotów mu kasztelanię krakowską dać, lub mnie gdzie odegnać, aby go na mojem miejscu posadzić. Mnie on nie wierzy!
Andrzej spojrzał w tej chwili na ojca takim wzrokiem, że stary się zasromał i pogniewał. Słów mu zabrakło.
– Tyś bo się tak księdzem stał iż Jaksą być przestałeś! – zawołał. – Suknia ta cię przeistoczyła. – Na mnicha mi patrzysz, a tegom ja z ciebie mieć nie chciał…
Andrzej wstał z siedzenia i poszedł uściskać ojca. Surowa twarz jego, drgała jakiemś uczuciem.
– Mój ojcze, – odezwał się potrząsając suknią czarną – myśmy rycerstwo Chrystusowe, a tak jak rycerz wdziewając zbroję o wszystkiem musi zapomnieć, by w oręż swój włożyć duszę, i my, tem więcej – dla zbroi naszej świata zabywać musiemy…
– Mnichem przecież nie jesteś!
– Ale też same mam śluby i obowiązki – rzekł Andrzej.
– Nim je przyjąłeś miałeś inne dla rodu i ojca – zawołał Marek.
– Tych się wyrzekłem gdym postrzyżony został! – westchnął mistrz Andrzej.
Wyraz twarzy ojca świadczył o tem że i przekonanym nie był, i nie rad całemu sporowi z synem. Westchnął, poszedł do okna, psa cisnącego się odpędził.
– Nie mamy więc co mówić z sobą! – dodał…
Zapukano w tem do drzwi, oba spojrzeli, ostrożnie je odchylając wszedł mąż, starszy latami od Andrzeja, podobny do niego, a więcej jeszcze do Wojewody, z twarzą pooraną fałdami przedwczesnemi, namiętną, srogą, z oczyma które z pod brwi gęstych ze zwierzęcym lśniły wyrazem.
Był to ów Jan, – zwany w rodzinie Jaszkiem, niegdyś pierwsza przyczyna walki z Odrowążami, ten co ich na rzeź wydał na pruskiej granicy… ukarany odebraniem rycerskiego pasa i wygnaniem. Schronił się on był do Czech, które wówczas dla wszystkich niemal zbiegów z Polski były przytułkiem, a po dwóch leciech tajemnie powrócił. Dobry Leszek choć wiedział o tem, przebaczywszy ojcu, syna nękać nie chciał. Patrzano przez szpary że na dworze ojca przebywał, nie czyniono mu nic, lecz i do łask nie powrócono. W obawie od Odrowążów Jaszko ciągle pod ramieniem ojca i poza nim się tulił.
Бесплатно
Установите приложение, чтобы читать эту книгу бесплатно
О проекте
О подписке
Другие проекты
