– Jabym tu prędzéj was mogła spytać, kto wy jesteście i co tu w domu moim robicie?
– W domu waszym? – powtórzył zdumiony duchowny – jakto? więc żoną jesteście pana ministra?
Anna głową dumnie dała znak potwierdzający. Duchowny spojrzał na nią wzrokiem pełnym najwyrazistszéj litości, patrzał długo i dwie łzy zakręciły mu się pod zmarszczonemi powieki, złożył ręce jakby z rozpaczy i zwątpienia.
Anna poglądała nań z ciekawością. Niepozorna ta postać zszarzana, zmęczona, życiem złamana, zdawała się odżywiać, wyszlachetniać, uczuciem jakiémś wielkiém wyrastać: stała się poważną i majestatyczną. Dumna pani czuła się przy niéj onieśmieloną, małą, zdziecinniałą, niemal pokorną. Milczący starzec promieniał jakiémś natchnieniem wewnętrzném. Nagle, oprzytomniał, obejrzał się strwożony i krok postąpił naprzód…
– Dlaczegóż ty, którą Wszechmogący stworzył dla chwały swéj, jako piękne cnoty naczynie, ty pełna blasku istoto, podobna aniołom, nie otrząśniesz pyłu z nóg twych skalanych dotknięciem nieczystego Babilonu i nie uciekniesz rozdarłszy szaty białe, z tego ogniska zepsucia i rozpusty? – zawołał jakby nagle rozogniony miłosierdziem. Dlaczego ty tu w tym ogniu trwasz? kto cię weń wrzucił? kto był tym niegodziwym co tak piękne dziecię Boże cisnął w ten świat plugawy?? Czemu nie uciekasz? dlaczego stoisz niestrwożona a może niewiedząca o niebezpieczeństwie? dawno tu jesteś?
Anna zrazu osłupiała słuchając go, lecz głos starego takie na niéj czynił wrażenie, iż uczuła się, może pierwszy raz w życiu podbitą i onieśmieloną. Oburzał ją ten ton duchownego a nie mogła się zań pogniewać. Nim otworzyła usta… on mówił daléj:
– A wieszże ty gdzie jesteś? a wiesz, że ta ziemia na któréj stoisz chwieje się pod stopami twemi? że te ściany się otwierają na rozkazy, ludzie nikną gdy są zawadą, że tu życie człowieka nie waży nic… dla kropli rozkoszy?
– Cóż zaprzestraszające obrazy, kreślisz, mój Ojcze – odezwała się wreszcie Hoymowa – i dlaczego mnie niemi chcesz zatrwożyć?
– Bo z czystego czoła i oczu twych, dziecko moje – rzekł duchowny – widzę żeś bezpieczna, niewinna i nieświadoma tego co cię otacza: tyś chyba tu niedawno?
– Od kilku godzin – uśmiechając się odpowiedziała Hoymowa…
– I nie tu przeżyłaś dzieciństwo i młodość twoją, bobyś tak nie wyglądała – uśmiechnął się boleśnie stary – nieprawdaż?
– Dzieciństwo spędziłam w Holsztynie… od lat kilku jestem żoną Hoyma, ale mnie trzymał odosobnioną na wsi… ledwiem zdala widziała Drezno…
– A nic chyba nie słyszała o niém… – dodał stary i wstrząsł się.
Wszystko co mi mówisz, przeczytałem na czole twém, w wejrzeniu – rzekł smutnie. – Bóg mi czasem daje zajrzeć głęboko w duszę ludzką… Niezmierną litością zostałem zdjęty widząc cię, piękna pani; zdało mi się że patrzę na lilię białą, rozkwitłą w ustroniu, którą stado rozhukanego bydła ma podeptać. Było ci kwitnąć gdzieś wzrosła i woniéć pustyni a Bogu…
Zamyślił się głęboko. Anna postąpiła przejęta kilka kroków ku niemu… w jéj oczach i postawie widać było wzruszenie.
– Ojcze mój – rzekła – ty kto jesteś??
Stary zdawał się niesłyszéć, tak się zadumał głęboko. Powtórzyła pytanie.
– Kto ja jestem? – rzekł – kto ja jestem? nędzna istota grzeszna i wzgardzona, na którą nikt nie patrzy lub się z niéj wszyscy śmieją. Jam głos wołającego na puszczy… jam ten który przepowiadam upadek, zniszczenie, dni pokuty i niedoli… Kto ja jestem? naczynie w ręku Bożém, przez które czasem przechodzi głos z góry potężny, aby go ludzie nie słyszeli lub ośmieli? Jam ten za którego czarną suknią biegają ulicznicy rzucając na nią błotem, ten którego proroctw nikt nie słucha… nędzarz wśród bogaczów… ale praw i czysty, przed Panem…
I zamilkł ostatnie słowa wymówiwszy głosem gasnącym… spuścił głowę.
– Dziwne zrządzenie – odezwała się Anna nie odstępując od niego – po kilku latach spokoju na wsi, w ciągu których mnie szmer ledwie od stolicy dochodził, przybywam nagle powołana przez męża i w progu spotykam was jakby przestrogę i oznajmienie… Nie jestże to palec Boży?
Wstrzęsła się i dreszcz przebiegł ją całą.
– Zaprawdę dziwne! – powtórzyła.
– Opatrzne – rzekł stary… – a biada tym co litościwéj Bożéj nie słuchają przestrogi… Chcesz wiedziéć kto ja jestem? nikt! ubogi kaznodzieja od kościoła, który coś zgrzeszył na kazalnicy i którego pomsta panów ziemskich ściga… Zowię się Schramm… hrabia Hoym znał mnie niegdyś w dzieciństwie, przybyłem go prosić o przemówienie za mną. Grożą mi. I oto jak się tu dziś znalazłem… Ale kto was tu sprowadził? kto wam tu przybyć dozwolił?
– Własny mąż! – rzekła Anna…
– Proś go niech cię uwolni – szepnął oglądając się trwożliwie duchowny. Widziałem piękności tego dworu, bo je tu ludowi na ulicach pokazują jak lalki… tyś nad nie wszystkie piękniejsza stokroć… Więc biada ci, jeśli tu pozostaniesz… okolą cię siecią intryg, osnują jadowitemi pajęczynami, uspią, upoją… zawrócą głowę melodyą pieśni, ukołyszą serce bajaniem… złudzą oczy bezwstydem… oswoją ze sromotą, aż jednego dnia, spojona, znużona, osłabła… polecisz w przepaść…
Anna Hoym zmarszczyła brwi.
– Nie – zawołała – nie jestem tak słabą jak sądzicie, ani tak zasadzek nieświadomą, ani tak spragnioną życia… Nie, świat ten mi się nie uśmiecha, patrzę nań z góry… niżéj on odemnie…
– Aleś go oczyma duszy tylko i przeczuć widziała – odparł Schramm – nie wierz sobie, uciekaj z tego piekła… Królewskie w niém posągi popaliły się na węgiel i obrukały sadzami… Idź ztąd… idź, idź, szkoda ciebie i białéj niewinnéj duszy twojéj…
To mówiąc ręce wyciągał jakby ją chciał wygnać i przyśpieszyć odejście; ale Anna stała niezatrwożona, szyderski razem i litości pełen uśmiech błąkał się po jéj ustach.
– A gdzież ucieknę? – zawołała – los mój połączony jest z losem tego człowieka… oderwać go odeń nie w mocy mojéj… Ja wierzę w przeznaczenie, stanie się co mi wyznaczono… tylko nie śpiącą i nie pijaną owładną mną, nie osłabłą i zwyciężoną, ale ja chyba im panować będę…
Schramm strwożony spojrzał, stała pełna dumy i siły, uśmiechnięta szydersko i królująca…
W téj chwili otwarły się drzwi i hrabia Adolf Magnus Hoym wszedł zmięszany, powoli, w progu wahając się jeszcze, do własnego gabinetu.
Za stołem wśród świetnego towarzystwa wczorajszego nie korzystnie się już wydawał; dziś po białym dniu, po nocnéj gorączce i zmęczeniu wyglądał gorzéj jeszcze… Mężczyzna był ogromnego wzrostu, barczysty, silny a niezgrabny. Nic szlachetnego nie nadawało mu wdzięku, twarz pospolita odznaczała się tylko błyskawicznemi zmianami konwulsyjnie po niéj przebiegających wyrazów z sobą najsprzeczniejszych. Oczy szare to ginęły w powiekach, to wyskakiwały ogniem tryskając, usta śmiały się i krzywiły, czoło marszczyło i wypogadzało, jakby potajemna władza targała we wnętrzu sznurami, które całą postać zmieniały… I w téj chwili, ujrzawszy żonę, zdawał się być pod wrażeniem najsprzeczniejszych jakichś uczuć. Uśmiechnął się jéj i w chwilę jakby gniewem chciał buchnąć nasrożył… ale się zwyciężył i zawahawszy wsunął żywo do gabinetu!
Na widok Schramma ściągnęły mu się brwi gwałtownie i złość wystąpiła na twarz…
– Szaleńcze, fanatyku, komedyancie przebrzydły – zawołał nie witając się nawet z żoną – znowuś nabroił, znowu do mnie przychodzisz abym cię wyciągnął z topieli? Ha? nieprawda? wiém wszystko, pójdziesz precz od kościoła… na wieś, tam, na pustynie, do prostaczków… w góry…
Wskazał ręką.
– Ja ani chcę, ani myślę cię bronić? – dodał zapalając się – podziękuj Bogu jeśli cię dwóch dragonów odprowadzi gdzie do kąta, bo tuby cię daléj, co gorszego spotkać jeszcze mogło…
– Ha! myślicie! – ciągnął daléj, zapalając się minister, który przystąpił do Schramma tuż, jakby go już sam miał porwać za kołnierz – myślicie że tu, na dworze wolno wszystko, i że to co wy nazywacie słowem Bożém, nieocukrowane, możecie podawać ustom do słodyczy nawykłym? że wy tu możecie grać rolę natchnionych apostołów nawracających pogan…
Schramm… mówiłem ci sto razy, ja ciebie nie ocalę… gubisz się sam…
Duchowny niezachwiany bynajmniéj, spokojny stał patrząc ministrowi w oczy.
– Ale ja jestem kapłanem Bożym – rzekł – jam poprzysięgał dawać świadectwo prawdzie, a każą mi być męczennikiem dla niéj… niech się stanie…
– Męczennikiem! – rozśmiał się Hoym – toby było zawiele szczęścia; dadzą ci pięścią w plecy i oplwawszy wyświécą.
– Więc pójdę – odezwał się Schramm – ale dopókim tu jest, ust nie zamknę…
– I kazać będziesz głuchym! – szydersko dodał minister… ruszając ramiony. – No, dosyć tego, rób co chcesz… ratować cię nie mogę i nie myślę; tu dobrze gdy każdy ocali siebie… Jam ci to przepowiadał Schramm… milczéć trzeba umiéć, umiéć pochlebiać lub ginąć podeptanym… Cóż chcesz, przyszły takie czasy: Sodoma i Gomora… Bywaj mi zdrów, bo czasu nie mam.
W milczeniu pokłonił się Schramm, popatrzał na żonę Hoyma z politowaniem, na niego z milczącém zdziwieniem i skierował się ku drzwiom. Hoym od żony, na którą także był spojrzał, oderwał wzrok ku niemu…
– Żal mi cię – burknął krótko – idź, zrobię co mogę, ale zatop się w biblii i trzymaj język za zębami: ostatni raz ci to radzę…
Schramm prawie nie słuchając wyszedł… małżonkowie zostali z sobą sam na sam…
Hoym nawet nie przywitał się z Anną, oddawna źle z sobą byli; widocznie nie wiedział, od czego począć rozmowę… zakłopotany stał i zły… Chwycił rękami dwa końce peruki swéj i targał…
– Pocóżeś hrabia kazał mi tu przybyć tak nagle? – zapytała Anna z wymówką i dumą.
– Poco? – podnosząc oczy zawołał Hoym, zaczynając wzdłuż i wszerz biegać po gabinecie jak opętany – poco? bom był szalony! bo mnie ci niegodziwcy spoili, bo nie wiedziałem com robił! bom głupi… bom nieszczęśliwy!… bom waryat!
Tak! waryat! – powtórzył.
– Więc mogę nazad powrócić? – spytała Anna…
– Z piekła się nie powraca! – zaśmiał się Hoym, – a waćpani z łaski mojéj w piekle jesteś: to istne piekło!
Rozerwał na piersiach kamizelkę, jakby go dusiła i padł na krzesło…
– A! tak! istotnie oszaleć przyjdzie, – mruknął – lecz z królem niema wojny…
– Jakto? król?
– Król! Fürstemberg! wszyscy! wszyscy! nawet Vitzthum, kto wié, własna może siostra… spiknięci na mnie… Dowiedzieli się żeś ty piękna, żem ja głupi i kazali mi panią pokazać!
– Któż im o mnie powiedział? – zapytała ciągle spokojna Hoymowa.
Minister nie mógł się przyznać przed nią, iż sam popełnił tę winę, za którą przychodziła pokuta, zgrzytnął zębami, tupnął nogami i zerwał się z krzesełka… Złość jego ustąpiła nagle wcale odmiennemu usposobieniu, pobladł, stał się zimnym i szyderskim.
– Dość tego, – rzekł cicho zniżając głos – mówmy rozsądnie. Co się stało, tego naprawić nie potrafię… Wezwałem panią, bom musiał ją tu ściągnąć, król chciał, a Jowisz piorunuje tych co mu się śmią sprzeciwiać… Dla jego zabawki musi służyć wszystko… królewskiemi stopy depcze skarby cudze i rzuca je w śmiecisko… – Zniżył głos i umilkł jakby słuchał czy się kto nie odezwie.
I począł znowu zwolna chodzić po pokoju.
– Założyłem się z ks. Fürstembergiem, że pani jesteś najpiękniejszą kobiétą ze wszystkich tych, które tu z professyi pięknych role grają. Nieprawdaż żem był głupi? Pozwalam byś mi to pani powiedziała… Najjaśniejszy nasz pan ma być zakładu naszego sędzią… i wygram tysiąc dukatów…
Anna zmarszczyła brew, odskoczyła z najwyższą wzgardą, odwracając się od niego.
– Nikczemny waćpan jesteś, panie hrabio – krzyknęła w gniewie. – Jakto? wy! wy coście mnie jak niewolnicę trzymali zamkniętą, skąpiąc mi powietrza i światła, wyprowadzacie mnie teraz jak komedyantkę na scenę, abym wam wygrywała zakłady blaskiem oczu i uśmiechami? to najwyższa podłość!
– Nie szczędź pani wyrazów, mów co chcesz, – rzekł Hoym z boleścią – wart jestem, zasłużyłem… Wszystkiego za mało na potępienie mnie! Miałem najpiękniejszą istotę w świecie, która kwitła i uśmiechała się dla mnie samego tylko, byłem dumny i szczęśliwy… szatan mi kazał w kielichu wina rozum utopić…
Załamał ręce: Anna zamilkła i patrzała.
– Ja jadę do domu – rzekła – ja tu nie pozostanę, wstydziłabym się sama siebie… Koni! powóz!
Rzuciła się ku drzwiom: Hoym stał uśmiechając się gorzko…
– Koni! powozu! – powtórzył – ale waćpani nie wiesz chyba gdzie jesteś i co cię otacza? Jesteś niewolnicą, nie możesz stąpić kroku; nie ręczę żeby straż nie stała u drzwi domu. Gdybyś ośmieliła się wymknąć, dragoni pójdą złapać cię i odprowadzić… nikt nie odważy się wieźć… nikt nie uzuchwali ratować… Waćpani nie wiesz gdzie jesteś?
Hrabina załamała ręce z rozpaczą, Hoym patrzał na nią z jakiémś uczuciem niewysłowionéj zazdrości, żalu, bólu, szyderstwa i niepokoju.
– Nie – rzekł dotykając z lekka jéj ręki – posłuchaj mnie pani; nie jest jeszcze może tak źle jak ja mówię, jak przeczuwam: mówmy z flegmą i rozsądnie… Giną tu ci co chcą być zgubieni… Pani możesz nie być piękną gdy zapragniesz, możesz się stać odstręczającą, surową, straszną… możesz dla ocalenia mnie i siebie… przybrać postawę odrażającą…
Tu zniżył głos…
– Znasz pani historyą naszego najmiłościwszego pana a króla Augusta? – zapytał się z dziwnym uśmiechem. – Pan to wspaniały, hojny… sypiący złotem, które moja akcyza ze spleśniałego chleba ubogich wyciska… Niema drugiego tak wspaniałomyślnego monarchy.., niema któryby potrzebował bawić się drożéj, nieustanniéj i dziwaczniéj. Łamie podkowy i kobiety i rzuca je na ziemię; kanclerzy, których ściskał wczoraj, zamyka na Koenigsteinie… Dobry i łaskawy pan, uśmiecha ci się do ostatniéj godziny, aby rusztowanie osłodził… Serce ma najlitościwsze, tylko mu się sprzeciwiać nie trzeba…
Mówił coraz ciszéj, a trwożliwemi oczyma biegał dokoła…
Бесплатно
Установите приложение, чтобы читать эту книгу бесплатно
О проекте
О подписке
Другие проекты