Nazajutrz Władek obudził się bardzo wcześnie, chociaż była niedziela. Co prawda teraz niedziela niczym się nie różni od dnia powszedniego.
Starsi już nie spali. Babcia była ubrana jak do wyjścia, a ojciec wiązał tłumok12.
Władek usiadł na łóżku, ale mama powiedziała gniewnie:
– Śpij, śpij, jeszcze wcześnie.
Więc położył głowę na poduszkę i zmrużył oczy. Ojciec skończył wiązanie, pił bardzo ciemną kawę i nikt nic nie mówił. Ojciec pił prędko, a babcia łyżeczką i długo dmuchała w każdą łyżeczkę. Potem mama zawinęła w gazetę chleb, którego nie jedli, a babcia szepnęła cicho:
– Po co to? Nie, nie potrzeba.
– Przyda się w drodze – powiedziała mama.
Potem babcia uklękła przy łóżku, gdzie spały dzieci. Władek zamknął oczy i słyszał, jak tatuś pomaga jej wstać z kolan.
Ojciec wziął tłumok i wyszedł razem z mamą i babcią do sieni; potem mama wróciła, usiadła na krześle i długo o czymś myślała.
Kiedy Władek obudził się drugi raz, Wicuś już nie spał. Przecierał oczy, krzywił się, rozglądał i powiedział:
– Babcia poszła do kota.
Teraz dopiero przypomniał sobie Władek, że kot został na tamtym mieszkaniu, i pomyślał, że Wicuś jest jeszcze bardzo głupi.
Mama pozwoliła iść Mani i Pchełce do kościoła z panią z dołu, bo mama parę razy rozmawiała z tą panią i pożyczyła jej balii13 do prania.
Wicuś poszedł do sieni do malców, a Władek usiadł z Abu na oknie.
Dziś wszystkie dzieci miały trzewiki14 i nie przewracały się po ziemi. Przez podwórze przeszedł ten duży, zawsze obdarty chłopiec i ten, co ze stróżem razem zamiata rynsztoki, i ten, który dawał wszystkim lizać duży czerwony karmelek. Przeszła dziewczynka, która się z nikim nie bawi, tylko patrzy, i wszyscy pozwalają jej stać blisko i patrzeć.
Bo nie każdemu wolno stać blisko, jak się inni bawią; bo zaraz mówią:
– Czego? Nie widziałeś? Jaki masz interes?
I Władkowi tak raz powiedzieli. A kiedy odchodził, ktoś krzyknął jeszcze:
– Patrzcie go, facet z morskiej piany15!
Gniewali się pewnie, że był w trzewikach, chociaż dzień powszedni.
Dlatego właśnie Władek nikogo jeszcze nie zna, choć cały tydzień tu mieszka. Obrazili go na podwórzu, więc dał słowo honoru, że do nikogo nie podejdzie pierwszy, a oni o niego nie dbają.
– Pomóż mi obrać kartofle, Władek – powiedziała mama takim głosem, jak oni mówią do mamy, kiedy proszą o coś, a nie wiedzą, czy mama się zgodzi.
Władek posadził Abu w kołysce, wziął nóż i bardzo niezgrabnie zaczął obierać kartofle, które ślizgały mu się w rękach, a jeden wysunął się i potoczył głęboko pod szafę.
Koło południa wróciła Mania z kościoła i z tajemniczą miną usiadła przy Władku.
– Wiesz, co ci powiem? – zaczęła, bo nie wiedziała, czy Władek zechce słuchać. – Wiesz, że ojciec tej Natalki, co z tobą rozmawiała, jest polityczny16 i siedzi pod ziemią w fortecy? Przyszło tyle wojska! Założyli mu łańcuchy na ręce i nogi, oczy mu zawiązali zupełnie i w usta włożyli chustkę, żeby nie krzyczał. A jeden oficer stał na koniu i tylko patrzał, żeby strzelić, jak się kto ruszy.
Skąd Mania wiedziała o tym, o czym w tajemnicy opowiedziała mu wtedy Natalka?
Tylko że Mania zupełnie inaczej mówiła – z różnymi dodatkami i bez sensu.
Ojciec Natalki był polityczny – to prawda, ale aresztowali zwyczajnie, bo znaleźli u niego papiery, i wcale mu żadnych łańcuchów nie kładli.
Jak ta Mania dziwnie jakoś wszystko opowiada – jak bajkę! Po co kłamać, kiedy można zwyczajnie powiedzieć? – Władek strasznie tego nie lubi.
Nareszcie Władek znalazł przyjaciela.
Siedział raz Władek na schodach z Abu. Nagle usłyszał, że ktoś idzie i gwiżdże.
„Łobuz jakiś” – pomyślał, bo mama mówiła, że gwiżdżą tylko łobuzy.
Chłopiec z paczką książek zatrzymał się zdyszany, położył książki na oknie, przykucnął i zaczął oglądać. Uśmiechał się zadowolony i znać było, że chce z Władkiem rozpocząć rozmowę, bo raz i drugi spojrzał na niego.
– Umiesz czytać? – zapytał wreszcie.
– Rozumie się – odpowiedział Władek.
– Widzisz, na tę książkę polowałem już od miesiąca!
Władek bawił się w polowanie z kuzynem Jankiem, który ma strzelbę; ale polowali na zające i kaczki; a co może znaczyć polowanie na książki – nie wiedział.
– To jest powieść historyczna z czasów napoleońskich17. Widzisz, są wszystkie kartki i wcale nie zniszczona. Wszystkie napoleońskie powieści czytałem po dwa razy. A Potop18 czytałem trzy razy. Znasz Potop?
– Znam – powiedział Władek, który uczył się o potopie w szkole: jak Noe wybudował arkę i gołąb przyniósł mu gałązkę na znak, że już sucho.
– Ta książka znowu – objaśniał dalej chłopiec – jest naukowa, o gwiazdach. Także już raz ją czytałem; ale wziąłem, bo pani nie chce dawać samych powieści. Zresztą powieści łyka się w jeden dzień, a książki wydają tylko raz na tydzień, toby mi się potem nudziło. A ty jak się nazywasz?
– Władek.
Władek ciekawie przyglądał się chłopcu, który łyka książki. Co znaczy połknąć książkę i gdzie się na nią poluje?
– Ty jeszcze nie byłeś w czytelni, prawda? Szkoda, że nie wiedziałem, bo byłbym wziął druczek. Chociaż możesz napisać na zwyczajnej kartce, byle rządca19 położył pieczątkę. Już ja cię wkieruję20. Idziesz po obiedzie w gości?
– Nie – odpowiedział zakłopotany Władek, bo coraz mniej rozumiał, o czym mówi nowy znajomy, a bał się zdradzić, że nie wie, że głupi i nie warto się z nim zadawać.
Umówili się na piątą godzinę, choć Władek nie zna się jeszcze na zegarze.
Pamiętny był to dzień w nowym życiu Władka. Bo czego mu chłopiec nie naopowiadał! Rzecz dziwna: do szkoły nie chodzi, a przecież wie wszystko.
Wie, w jakim kapeluszu chodził Bonaparte21, jak ręce zakładał na piersi. Wie, jak po czerwonej podszewce odróżnić generała od zwyczajnego oficera i że są drzewa baobaby22 tak ogromne, że można w ich pniu mieszkać jak w domu; że w powietrzu jest gaz – tlen, bez którego duszą się myszy i dzwonek nie dzwoni, i że kto zębów nie myje, ma w ustach robaczki23, i że telegraf24 – to iskra elektryczna.
– Chcesz się przekonać? – zapytał.
– Chcę – odpowiedział Władek, bo choć wierzył, że mówi prawdę, jednakże – kto wie, czy to prawda?
Przeszli przez parkan i przyłożyli ucho do słupa.
– Widzisz druty?
– Widzę – powiedział Władek.
– Więc to telegraf, prawda?
– Prawda – powiedział Władek.
– I słyszysz, jak huczy w środku?
– Słyszę – powiedział Władek.
– No widzisz, bo w słupie jest elektryczność.
Koło parkanu, w kącie podwórza, na niskim dachu lodowni w ciągu całego szeregu wieczorów pobierał Władek nauki od Olka, a w zamian udzielał mu wiadomości o szkole i nauce szkolnej. Kiedy czytali na zmianę, wszystko szło dobrze. Kiedy zaś wzięli jaką25 szkolną książkę: gramatykę albo zbiór zadań – Władek przekonał się, jak wszystko źle wiedział, jak mało umie.
– Rzeczownik odpowiada na pytania: kto? co? Jeżeli żyjący – kto? Jeżeli nieżyjący – co?
– Więc Napoleon to też rzeczownik?
– Rozumie się, bo go można widzieć.
– A nie można go widzieć, bo umarł.
– No tak, ale na obrazku.
– A na obrazku nie żyje przecie, więc odpowiada na pytanie: co?
Władek wzrusza ramionami.
– A czy sława to też rzeczownik?
– Sławę można czy nie można widzieć?
I dlaczego sława odpowiada na pytanie: co? – kiedy sława żyje?
– Sława nie tylko żyje, ale jest nieśmiertelna.
Olek chce być sławnym wodzem i na pewno nim będzie. Olek ma na to sposób, żeby być sławnym: trzeba wieczorem patrzeć na niebo, kiedy są gwiazdy, bo między nimi są spadające gwiazdy. Trzeba uważać, kiedy taka gwiazda spada, i prędko powiedzieć:
– Chcę być sławny.
To się spełni.
Można powiedzieć: chcę być bogaty. Ale Olek nie dba o pieniądze.
– Bogaty żyje, żyje, potem umrze – i już. A sławny – to zupełnie co innego.
W niedzielę byli w czytelni – i czekali całą godzinę, zanim ich wywołano; i Władek zrozumiał, co znaczy polować na książki.
О проекте
О подписке
Другие проекты