Kyra leciała na grzbiecie Theona, pędząc na południe przez Mardę. Z wolna dochodziła do siebie, gdy opuszczała tę mroczną krainę. Czuła się potężniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. W prawej ręce dzierżyła Berło Prawdy, z którego emanowało światło spowijające ich oboje. Wiedziała, że ten oręż jest potężniejszy niż ona; był to przedmiot przeznaczenia, który napełniał ją swoją mocą, rozkazujący jej tak, jak ona rozkazywała jemu. Trzymając go w dłoni, czuła, że wszechświat jest silniejszy, że ona jest silniejsza.
Kyra miała wrażenie, że trzyma w dłoni oręż, który miała dzierżyć od dnia, w którym przyszła na świat. Po raz pierwszy w życiu pojęła, czego jej brakowało, czuła, że berło ją dopełnia. Ona i to berło, ta tajemnicza broń, którą pozyskała z dalekich zakątków Mardy, były jednym.
Kyra leciała na południe. Także Theon, na którego grzbiecie siedziała, stał się większy i silniejszy. Furia i żądza zemsty w jego ślepiach odpowiadały tym w jej oczach. Lecieli i lecieli, godziny mijały, a mrok wreszcie zaczął się rozrzedzać i na horyzoncie pojawiła się zieleń Escalonu. Kyrze serce zabiło szybciej na widok ojczystych ziem; nie sądziła, że jeszcze je ujrzy. Poczuła, że musi się pospieszyć; wiedziała, że jej ojciec, otoczony przez armię Ra, potrzebuje jej na południu; wiedziała, że na ich ziemiach roi się od pandezjańskich żołnierzy; wiedziała, że pandezjańska flota przeprowadza atak na Escalon od morza; wiedziała, że gdzieś wysoko w górze kołują smoki, także łaknące zniszczenia Escalonu; wiedziała też, że trolle najeżdżają ich kraj, że miliony tych stworów roznoszą jej ojczyznę na strzępy. Escalon był nękany ze wszystkich tron.
Kyra zamrugała i spróbowała wyprzeć z myśli okropne wspomnienie równanej z ziemią ojczyzny, rozrzuconego wszędzie gruzu, ruin i popiołu. A jednak zaciskając mocniej dłoń na berle, wiedziała, że ta broń może być ich nadzieją na ratunek. Czy to berło, Theon i jej moce naprawdę mogą ocalić Escalon? Czy coś, co zostało już tak zniszczone, może zostać uratowane? Czy Escalon może choćby marzyć o powrocie do tego, czym był niegdyś?
Kyra tego nie wiedziała. Lecz nie traciła nadziei. Tego nauczył ją ojciec: nawet w najczarniejszej godzinie, gdy wszystko zdaje się beznadziejne, nawet jeśli zdaje się, że są całkowicie zniszczeni, zawsze pozostaje nadzieja. Zawsze tli się jakaś iskra życia, nadziei, zmian. Nic nie jest nigdy ostateczne. Nawet zniszczenie.
Kyra leciała i leciała, czując, jak do głosu dochodzi jej przeznaczenie. Poczuła przypływ optymizmu i z każdą chwilą czuła się coraz potężniejsza. Popadła w zadumę i poczuła, że pokonała coś w głębi siebie. Przypomniała sobie rozcięcie pajęczej sieci i miała wrażenie, że gdy ją przecięła, rozcięła także coś wewnątrz siebie. Była zmuszona sama się o siebie zatroszczyć i zwyciężyła największe demony w swym wnętrzu. Nie była już tą dziewczyną, która dorastała w forcie w Volis; nie była nawet tą samą dziewczyną, która wyprawiła się do Mardy. Powróciła jako kobieta. Jako wojowniczka.
Kyra spojrzała w dół przez chmury, wyczuwając że krajobraz w dole zmienia się, i spostrzegła, że dotarli wreszcie do granicy, na której wznosiły się niegdyś Płomienie. Przyglądając się wielkiemu urwisku kątem oka wychwyciła jakiś ruch.
– Niżej, Theonie.
Zanurkowali pod ciężkie chmury i gdy mrok rozrzedził się, uradowała się na widok ziem, które kochała. Nie posiadała się z radości, widząc swe ziemie, wzgórza i drzewa, które znała, czując woń powietrza Escalonu.
Jednak gdy spojrzała ponownie, serce jej zamarło. W dole kłębiły się miliony trolli, zapełniające ziemie, pędzące na południe z Mardy. Przypominało to masową wędrówkę zwierząt, a tupot ich nóg słyszalny był nawet tutaj. Patrząc na to, nie sądziła, by jej pobratymcom udało się odeprzeć taki atak. Wiedziała, że jej ludzie jej potrzebują – i to natychmiast.
Kyra poczuła, jak Berło Prawdy drży w jej dłoni, a następnie wydaje wysoki dźwięk, jakby gwizd. Czuła, że wzywa ją do działania, domagając się, by zaatakowała. Kyra nie wiedziała, czy to ona rozkazywała berłu, czy też ono jej.
Wycelowała berłem ku ziemi, a wtedy dobył się z niego trzask. Miała wrażenie, że dzierży w dłoni grzmot i błyskawicę. Przyglądała się zafascynowana, jak kula intensywnego światła wyrywa się z berła i pędzi ku ziemi.
Setki trolli zatrzymały się i zadarły głowy. Kyra dojrzała panikę i przerażenie na ich twarzach, gdy patrzyły na kulę światła spadającą na nie z nieba. Nie zdążyły uciec.
Po tym nastąpił wybuch tak silny, że fala uderzenia z ziemi zachwiała nawet Theonem i Kyrą. Kula światła uderzyła w ziemię z siłą komety. Gdy rozeszła się w dole, tysiące trolli upadły, miażdżone coraz bardziej się rozprzestrzeniającą falą światła.
Kyra spojrzała na berło ze zdumieniem. Zamachnęła się, by użyć go ponownie, by zmieść armię trolli z powierzchni ziemi – lecz wtem rozległ się nad nią przeraźliwy ryk. Podniosła wzrok i ku swemu zaskoczeniu ujrzała wielki pysk szkarłatnego smoka wyłaniającego się z chmur – a za nim tuzin innych. Zbyt późno zdała sobie sprawę, że te smoki ich szukały.
Nim Kyra zdołała zaatakować je berłem, jeden z gadów zamachnął się na Theona szponami. Zaskoczyło go to i silny cios pchnął go w tył, aż zaczął się obracać dokoła siebie.
Kyra trzymała się z całych sił, gdy wirowali w powietrzu, niemal nad tym nie panując. Theon obrócił się tak, że skrzydła miał w dole i próbował wyrównać lot, obracając się raz za razem, a Kyra ledwie utrzymywała się na jego grzbiecie, zaciskając ręce kurczowo na łuskach gada, aż wreszcie udało im się.
Theon ryknął wyzywająco i choć był mniejszy niż pozostałe smoki, bez cienia strachu rzucił się w górę na gada, który go zaatakował. Ten był wyraźnie zaskoczony, że mniejszy Theon nie poddał się i nim zdążył zareagować, Theon zatopił swoje zębiska w jego ogonie.
Duży smok ryknął, gdy Theon odgryzł jego ogon. Przez chwilę leciał bez ogona, po czym stracił równowagę i runął w dół łbem do przodu, prosto w znajdującą się pod nim ziemię. Upadł z hukiem, tworząc krater i wzniecając chmurę kurzu.
Kyra uniosła berło, czując jak pali ją w dłoni, i zamachnęła się, widząc jak zbliżają się trzy kolejne smoki. Patrzyła, jak kula światła wypada naprzód i uderza je w pyski. Gady pisnęły, zatrzymały się gwałtownie w powietrzu i zamachały łapami. Znieruchomiały, po czym runęły prosto w dół, jak kamień, aż one także uderzyły w ziemię z hukiem, martwe.
Kyrę zadziwiała jej moc. Czy Berło Prawdy rzeczywiście uśmierciło właśnie trzy smoki jednym uderzeniem?
Uniosła ponownie berło, gdy na niebie pojawił się kolejny tuzin smoków i gdy opuściła broń, spodziewając się, że smoki padną, ku swojemu zaskoczeniu poczuła nagle przeraźliwy ból w dłoni. Odwróciła się i kątem oka spostrzegła smoka, który spadał na nią od tyłu, a jego szpony drasnęły wierzchnią stronę jej dłoni. Rozciął jej dłoń, aż dobyła się z niej krew, zaraz pochwycił Berło Prawdy i wyrwał je Kyrze z dłoni.
Dziewczyna wrzasnęła, bardziej z przerażenia, że straciła berło, niż z bólu. Patrzyła bezradnie, jak smok odlatuje, zabierając ze sobą jej oręż. Po chwili upuścił je i Kyra przyglądała się przerażona, jak berło spada w powietrzu, obracając się dokoła siebie, w kierunku ziemi. Berło, ostatnia nadzieja Escalonu, zostanie zniszczone.
A bezbronna Kyra musiała zmierzyć się ze stadem smoków, które gotowe były rozszarpać ją na strzępy.
Lorna, czując, że coś ją ponagla, przemierzała żwawym krokiem obozowisko, a ludzie Duncana rozstępowali się na boki. U jej boku szedł Merk, któremu towarzyszył Sovos i tuzin mężczyzn z Zaginionych Wysp, wojowników, którzy odłączyli się od pozostałych i przyłączyli do nich w wyprawie z Zatoki Śmierci z powrotem na stały ląd, i przebyli z nimi całą drogę aż tutaj na pustynię, za Leptus. Lorna prowadziła ich tutaj z determinacją, wiedząc, że Duncan jej potrzebuje.
Zbliżając się, Lorna spostrzegła, że żołnierze Duncana patrzą na nią ze zdumieniem. Ustępowali jej z drogi, aż dotarła wreszcie na nieduży plac, na którym leżał Duncan. Zatroskani wojownicy skupili się dokoła niego, klęcząc u jego boku, poważnie zmartwieni tym, że ich dowódca kona. Ujrzała łkających Anvina i Aidana, a przy nich Białego. Żaden inny dźwięk nie rozchodził się w pełnej napięcia ciszy.
Chciała podejść do Duncana, lecz jakaś dłoń zatrzymała ją. Lorna stanęła i obejrzała się. Merk i Sovos naprężyli się i położyli dłonie na mieczach, lecz ona powstrzymała ich delikatnym ruchem dłoni. Chciała uniknąć starcia.
– Kim jesteś i po coś tu przyszła? – zapytał surowo wojownik Duncana.
– Jestem córką króla Tarnisa – odrzekła z przekonaniem. – Duncan próbował ocalić mego ojca. Przybyłam, by odwdzięczyć się mu tym samym.
Mężczyzna wyglądał na zaskoczonego.
– Jego rana jest śmiertelna – rzekł wojownik. – Widziałem takie wiele razy zadane w boju. Nie można mu już pomóc.
Tym razem to Lorna zmarszczyła brew.
– Trwonimy czas. Czy chcesz, by Duncan umarł tutaj, by się wykrwawił? Czy też może mam spróbować go uzdrowić?
Wojownicy byli do niej sceptycznie nastawieni po zetknięciu z Ra i jego czarami. Spojrzeli po sobie. Wreszcie Anvin skinął głową.
– Przepuśćcie ją – powiedział.
Rozsunęli się na boki, Merk i Sovos opuścili broń, a Lorna podeszła spiesznym krokiem do Duncana i przyklęknęła przy nim.
Przyjrzała się mu uważnie i natychmiast poznała, że jest w złym stanie. Wyczuwała wokół niego czarną aurę śmierci, a gdy spojrzała na jego zamknięte, drżące powieki, wiedziała, że zbliża się jego koniec. Niebawem opuści tę ziemię. Cios Ra wyrządził wielkie szkody, nie tyle ze względu na sztylet, lecz – jak wyczuwała Lorna – ze względu na poczucie zdrady, które za nim stało. Duncan wciąż sądził, że to Kyra go dźgnęła i kobieta wyczuła w jego aurze, że z tego właśnie powodu stracił wolę życia. Odbierało mu to jego siły życiowe.
– Czy potrafisz ocalić mojego ojca?
Lorna obejrzała się i zobaczyła Aidana. Miał zaczerwienione oczy, policzki mokre od łez i patrzył na nią z nadzieją i rozpaczą. Wzięła głęboki oddech.
– Nie wiem – odrzekła po prostu.
Lorna położyła jedną dłoń na czole Duncana, a drugą na jego ranie. Zaczęła nucić jakiś pradawny hymn i wszyscy z wolna ucichli. Aidan przestał łkać. Lorna poczuła ogromne ciepło przepływające przez jej dłonie, zmagające się z jego raną. Zamknęła oczy i przyzwała całą moc, jaką dysponowała, próbując odczytać jego przeznaczenie, pojąć, co się stało, co szykował dla niego los.
Z wolna ujrzała wszystko. Duncan miał umrzeć dzisiaj, tutaj. Takie było jego przeznaczenie. Tutaj, w tym miejscu, na tym polu bitewnym, po wielkim zwycięstwie w kanionie. Lorna ujrzała wszystkie bitwy, jakie stoczył w swym życiu; zobaczyła, jak stał się wojownikiem, dowódcą; zobaczyła ostatnią i największą bitwę, jaką stoczył tutaj, w kanionie. Miał nie przeżyć zalania kanionu. Miał umrzeć zaraz po nim. Doprowadził rewolucję tak daleko, jak miał to uczynić.
Wyczuła, że jego córka, Kyra, leciała, zmierzała tutaj, miała przejąć dowodzenie. Duncan miał umrzeć w tej chwili.
Jednak klęcząc przy nim Lorna przyzwała moc wszechświata i błagała go, by zmienił jego los, jego przeznaczenie. Duncan był wszak jedynym prawdziwym przyjacielem jej ojca, króla Tarnisa, nawet wtedy, gdy wszyscy inni się od niego odwrócili. Był tym, którego jej ojciec prosił, by przyszedł jej z pomocą. Była mu to winna przez wzgląd na swego ojca. Przeczuwała także w głębi duszy, że Duncanowi być może pozostała jeszcze jedna wielka bitwa do stoczenia.
Lorna walczyła z losem, czując, że ta walka ją wyczerpuje. Czuła, że toczy się w niej wielka bitwa duchów, gdy zmagała się z mocami, których nie powinna była niepokoić. Z niebezpiecznymi mocami. Mocami, które mogły ją zabić. Wszak losu nie należało lekceważyć.
Mocując się z nimi, Lorna poczuła, że życie Duncana waży się na szali. Kobieta opadła wreszcie z wyczerpania, oddychając ciężko, a wtedy nadeszła odpowiedź: odniosła zwycięstwo, a zarazem poniosła porażkę. Życie Duncana zostanie przedłużone – lecz nie na długo. Stoczy jedną, ostatnią bitwę, ujrzy twarz córki, swej prawdziwej córki, i zginie w jej ramionach. To już coś.
Lorna zadrżała, czując mdłości, obezwładniona mocami, z którymi się zmagała. Paliły ją dłonie, i wreszcie rozległ się błysk, uczucie, jakiego wcześniej nie znała, i odrzuciła ją jego moc. Upadła na plecy kilka stóp dalej.
Merk szybko ją podniósł. Lorna przyklęknęła, osłabiona, zlana zimnym potem.
Kilka jardów dalej Duncan leżał nieruchomo, a Lorna poczuła się obezwładniona magią tego, co przyzwała.
– Pani, co się stało? – zapytał Anvin.
Z trudem oczyściła umysł i znalazła słowa.
W zaległej ciszy Aidan dał krok naprzód i odezwał się rozpaczliwym tonem.
– Czy mój ojciec będzie żył? – zapytał błagalnie. – Proszę, powiedz mi.
Wycieńczona Lorna zebrała siłę, by skinąć słabo głową tuż przed tym, jak zemdlała.
– Tak, chłopcze – powiedziała. – Lecz niedługo.
О проекте
О подписке
Другие проекты