– Ojcu się Zbitut zostanie – odparł cicho.– On go lepiej niż mnie kocha. Ja mu tylko zgryzotą jestem i ciężarem. Zbędzie się, zapomni, lżej mu będzie.
Słuchać go nie mogę, więc obrazy Bożej uniknę, a po mnie – dokończył smutno – płakać nie będzie.
Bakałarz zadumany, nic nie mówiąc, głową potrząsał. Stał w niepewności jakiejś, nie chcąc ni radzić ni odradzać. Dziecka mu ulubionego żal było, które się tu mogło zmarnować. Miał to przekonanie, że w Krakowie z niego coś nadzwyczajnego zrobią. Z drugiej strony, postradać tego ucznia, tego ulubieńca, którego sam własnem tchnieniem wywiódł tak cudownie ze swawolnego pacholęcia, żal mu było.
Grześ pisał tak ślicznie, a wszystkie charaktery naśladował tak kunsztownie! W kościele gdy śpiewał, głos miał tak piękny, że do łez poruszał, do modlitwy duszę podnosił!
To dziecię biedne, puścić w świat na stracone imię, na losy, które Ryba znał najlepiej, bo ich sam doznał w wędrówkach po świecie, strach było!! żal srogi!
Ukradkiem stary bakałarz otarł rękawem oczy, ale myśl mu przyszła, że Bóg ojciec sierotom…
Na twarzy chłopca malowało się po tęsknocie takie męztwo, takie pragnienie tego co mu przyszłość gotowała, takie jakieś powodzenia przeczucie, że wstrzymywać go, któż wie, czy się godziło?
– Ojczulku! – dodał Strzemieńczyk śmiało. – Myślałem całą noc, modliłem się panu Bogu, prosiłem go o natchnienie. Już to postanowione… Nie przeciwcie się. Idę w świat!… Za ojca wy mi dajcie błogosławieństwo.
I przykląkł przed nim, za rękę drżącą chwytając starego, który głowę jego ująwszy, modlitwę cichą szeptać zaczął. Popłakali się oba. Mówić już nie było co więcej.
Dzwoniono na jutrznię, poszli razem do kościoła, ale ostrożny bakałarz, obawiając się, aby stary Cedro nie przyszedł tu szukać syna, ukrył go na chórze i drzwi zaryglował.
Grześ upadł na kolana, złożył ręce i modlił się gorąco.
Mało na jutrzni pobożnych było, oprócz kilku starych kumoszek z różańcami w ręku; mieszczanie na wiosnę mieli dosyć do czynienia w polach i ogrodach. Msza już była przy ofiarowaniu, gdy męzkie buty i chód posuwisty usłyszał bakałarz, głowę wychylił i zobaczył Strzemieńczyka starego, który idąc na wszystkie się strony oglądał, niewątpliwie szukał syna.
Grześ się przychylił i za słup schował.
Cedro ukląkł w ławie mszy świętej słuchać, bo bezbożnym nie był, ale domyślił się łatwo bakałarz, że on tu nie dla nabożeństwa, ale dziecka zbiegłego przyszedł szukać.
Zaledwie ksiądz przeżegnał, gdy Ryba chłopcu dając znak aby pozostał na chórze, sam zszedł z niego, nastręczając się Strzemieńczykowi, bo wiedział, że go pytać będzie. Sam nie zaczepiając starego, zwolna, święconej wody wziąwszy u drzwi, wyszedł Ryba na cmentarz.
Cedro za nim pospieszył, brwi miał ściągnięte i twarz posępną.
– Nie wiecie o Grzesiu moim? – zapytał rzeźko.
– Albo co? – odparł Ryba.
Staremu gniew tymczasem ze krwią do głowy bił…
– Zbiega mi, bestya krnąbrna, dla tej waszej nauki, która mu się na nic nie zdała. Siekę go, morduję i nic nie pomaga…
Bakałarz poruszył ramionami.
– A ja co na to mogę? – odparł.
– Wy – krzyknął w pasyi Strzemieńczyk, rękę podnosząc do góry – wyście mu pierwsi głowę nabili tem przeklętem obiecadłem, a jemu ono do czego? Klechy z niego mieć nie chcę, dosyć jest tych darmozjadów! Hę!
Ryba słuchał obojętnie.
– Pocoście go uczyli? – powtórzył Cedro.
– Bo tak pan Bóg przykazał – odparł bakałarz – a bożego przykazania słuchać muszę nie waszych gróźb. Dziecko do nauki miało ochotę i zdolność, com go nie miał uczyć??
– Ja lepiej wiem co mojemu dziecku potrzeba – wyrwał się coraz popędliwiej Strzemieńczyk – jam nad niem panem, nie wy…
Nie chcąc dalej rozprawiać z nim, bakałarz ruszył zwróciwszy się ku szkole i zostawił samego, zagniewanego starca, który pluł i klął, a w końcu nie mając z kim się kłócić, musiał nazad do domu iść. Po drodze jednak skręcił do szkoły, i nie wchodząc do niej, u okna tylko stanąwszy, zakrzyczał na głos.
– Jak mi go tu przyjmować i chować będziecie, szkołę podpalę… tak mi Boże dopomóż!! Rąk moich nie ujdziecie.
Ryba zbliżył się okna…
– Idźcie z Bogiem… a nie krzyczcie! dziecko zamęczone w świat poszło… mieć będziecie je na sumieniu… Nie ojcem mu byliście, ale oprawcą…
To wyrzekłszy zniecierpliwiony Ryba od okna odstąpił i poszedł się zamknąć do komory.
Cedro stał chwilę zadumany, ramionami zżymając, oglądał się czy z kim waśni przedłużyć nie znajdzie, naostatek mrucząc się powlókł do domu.
Nie chciało mu się dawać temu wiary, ażeby syn mógł w świat ujść od niego.
Gdy Strzemieńczyk zdala już był od fary, po drodze znajomych zatrzymując i rozwodząc przed nimi żale swe do bakałarza i klechów; Ryba przez zakrystyę do kościoła powrócił, wszedł na chór, i wyzwolił ztamtąd Grzesia.
– Nie chcesz do ojca powracać? – zapytał go.
Chłopak wstrząsł się cały.
– Nie mogę – rzekł – wolę głodem mrzeć!! W świat pójdę…
Zadumał się Ryba długo… Zdawało się, że i on to postanowienie pochwalał, a myślał tylko o środkach, jakby tego dokonać.
– Gotów stary jeszcze cię tu szukać – odezwał się po chwili – musisz się więc ukryć, dopóki ja nie opatrzę cię na drogę… Choć za mną…
Ryba mówiąc to, wziął Grzesia za rękę, obejrzał się po cmentarzu i prześliznął z nim szybko do szkoły, ale nie wprowadził go do swej izby.
W lewo był skład zamknięty rzeczy kościelnych, które się przy farze pomieścić nie mogły. Stały tu rusztowania od przybierającego na wielki tydzień grobu, wisiały opony odpustowe, połamane chorągwie, wschody od wielkiego katafalku rzadko kiedy używane, ogromne lichtarze drewniane i całe kupy lampek glinianych, któremi czasem farę oświecano.
Każdy choćby najmężniejszy dzieciak, wieku tego co Grześ, byłby się uląkł tej ciemnej izby, smutnej i pełnej grozy grobowej. Ryba spojrzał nań pytająco, czy do wieczora się tu skryć zechce… Grześ odpowiedział wesoło głową potakując i przeżegnawszy się wsunął śmiało, gdy mu drzwi otworzono.
Przez jedno zakratowane gęsto okienko trochę światła wpadało do ciemnej izby, w której kątach złowrogo, na czarnych deskach wytrzeszczające zęby, głowy trupie widać było… Grześ siadł u okna, aby w dziedziniec kościelny mógł patrzeć i dostrzedz, gdyby ojciec lub brat go tu szukał.
Miał najmocniejsze postanowienie niepowracać już do domu, choć za nim tęskno mu było.
Milczące przyzwolenie bakałarza dodawało odwagi. Siedział cierpliwie, czekając co z nim Ryba postanowi. O południu otwarły się drzwi ostrożnie, stary przyniósł chleba kawałek i w garnku polewkę od ust sobie odebraną, aby go pokarmić, kazał Grzesiowi jeść, sam przysiadłszy na wschodzie od katafalku.
– Iść! iść! – począł mruczeć niespokojny – dobrze to mówić, a wieszże drogę? do Krakowa kawał… gościniec ci jest, ale dróg siła, a jak się obłąkasz?
– Ludzie mówią, droga wszelka na końcu języka – odparł Grześ…
Popatrzał bakałarz…
– A nuż stary w pogoń pojedzie lub pośle? – zapytał.
– Sam pojechać nie może – odezwał się chłopak – posłać niema kogo. Pomyśli, żem już dziś zbiegł, i dognać mnie nie będzie mógł, a w ostatku… pewnie się niebardzo o mnie zatroszczy…
Ryba podparty na ręku dumał…
– Żywczak jutro do dnia do Dukli i Starego Sąndcza jedzie za kupią, a bodaj i na Węgry. Możnaby uprosić, aby cię na wóz wsadził i dowiózł choćby tam dokąd, sam jedzie… Z Sąndcza do Krakowa…
– Dam sobie rady – przerwał Grześ śmiało – nie obawiajcie się o mnie.
– Ale czy Żywczak zechce i ojca się waszego nie zlęknie? – dodał Ryba…
Żywczak różną kupię z Węgier był zwykł przywozić, człowiek śmiały, czeladź miał zbrojną, bo w owe czasy bezbronnemu na gościńcach, zwłaszcza w obcym kraju, nie można było się pokazywać. Znał go Ryba, i postanowił rozmówić się z nim zaraz, więc Grzesia znowu w izbie zamknąwszy, poszedł na miasto.
Zamożny woźnica miał własny swój dom w Sanoku, a choć ciągle się po gościńcach tłukąc, mało w nim przebywał, liczył się do znaczniejszych mieszczan. Bakałarz dlań chudzina niewiele znaczył, ale zawsze suknię na nim kleczą szanowano.
Gdy Ryba Chrystusa chwaląc do izby wszedł, zastał Żywczaka z dwoma współmieszczanami żegnającego się przy miodzie.
Woźnica i kupiec zobaczywszy go, pewien był zrazu, że bakałarz, jak to się kilkakroć do roku trafiało, przyszedł, aby sobie gomółkę jaką lub osełkę wyprosić, płacąc za nią życzeniem szczęśliwej podróży i obietnicą modlitwy.
Wesoło go jednak powitał i kubek przed nim postawił. Ryba miód przyjąwszy, nie rad temu, że świadków niepotrzebnych tu zastał, siedział długo milczący… Mieszczanie jednak nie bawiąc się porozchodzili.
– Ja mam prośbę do was, panie gospodarzu – odezwał się bakałarz – korzystając z tego, że zostali sami, ale, osobliwego ona rodzaju jest, i sam nie wiem jak począć.
Stanął Żywczak przed nim.
– Mówcież no – rzekł krótko…
– Rozumiecie to, boście bywali i mądrzy, panie gospodarzu – począł bakałarz przypochlebiając się Żywczakowi – iż kogo Bóg do siebie powoła, ten głosu Jego słuchać musi.
Żywczak głową dał znak, iż i on tak sądził, choć zgoła nie rozumiał, co to znaczyć miało.
– Mamy chłopca w szkole, którego Pan Bóg widomie do służby swojej przeznaczył – ciągnął dalej Ryba – a tu ojczysko uparte uczyć mu się nie daje… Niema innego sposobu, tylko chłopcu, który uczyć się chce, drogę wymościć i do szkoły go lepszej niż nasza posłać. Do Krakowa mu trzeba, do Panny Maryi…
– A cóż ja na to wam poradzić mogę? – spytał zdziwiony Żywczak…
– Jedziecie pono do Dukli, a może i do Starego Sąndcza – rzekł Ryba.
– Pewnie! – potwierdził Żywczak.
– Tożbyście dla miłości Bożej podwieść mogli biedactwo – dokończył bakałarz, rękę zniżając do kolan Żywczaka.
Mieszczanin stał jakoś obojętny, głową potrząsał.
– Cóż to za jeden ten wasz chłopak? – zapytał. – Od ojca go odkradać… dziecko własne!! A gdyby mi tak kto mojego chciał wziąć!!
– Wybyście pewnie woli Bożej się nie sprzeciwili? boście człekiem pobożnym i rozumnym, a wiecie iż się nie godzi.
Żywczak wciąż głową kręcił, niezupełnie przekonany.
– Czyjże to chłopiec? – zapytał.
Bakałarz jeszcze się wahał z odpowiedzią i dodał.
– Katuje go ojciec za to, że się uczyć chce, a chłopiec już dziś śpiewa w chórze i pisze tak jak z nas żaden!
– Może go jednego ma? – wtrącił Żywczak.
– Dwu ich u niego – rzekł żywo Ryba.
Patrzali sobie w oczy, mieszczanin nie okazywał ochoty mieszać się w tę sprawę drażliwą.
– Powiedzcież mi czyj chłopiec jest? – zapytał powtórnie Żywczak…
– Nie zdradzicie mnie przecie? – przebąknął bakałarz.
– Albom ja taki co za język ciągnie, aby człeka sprzedał? – ofuknął obrażony mieszczanin – po mnie się to nie okazało.
Wstał z ławy bakałarz i w ramię go pocałował.
– Miejcie litość – rzekł… Potem obejrzał się do koła i szepnął mu do ucha – Strzemieńczyka starszy…
Żywczakowi się oczy zaśmiały… wróżba była dobra… Znał on starego Cedrę i nie jeden się raz z nim waśnił, a nie mógł znieść dumy jego szlacheckiej, która przed mieszczańskim dostatkiem głowy ugiąć nie chciała.
– Strzemieńczyka chłopiec – zawołał. – Nie dziwota, że od niego ucieka, bo z tym katem nikt nie wytrwa. Zbój jest, tylko szczęście, że siły już niema, boby z nim codzień przyszło się borykać…
Wóz jeden kryty skórami idzie – dodał – chłopca do środka wsadzić każę i do Dukli a bodaj i do Starego Sąndcza powiozę, ale co potem, bo ja na Węgry zawrócę?
Bakałarz ręce aż złożył z wdzięczności i zawołał.
– Z Sąndcza pójdzie pieszo! radę sobie da… W klasztorze go pokarmią, bo tam panny od furty nikogo głodnym nie odprawiają…
Śmiał się Żywczak.
– Dobrze tak staremu panoszy! – dodał. – Jeść nie ma co, a swój szczyt tak nosi jakby złotym był i ludzi drugich niema za Boże stworzenia. Przekonają się wszyscy co zacz jest, kiedy od niego własne dziecko ucieka…
– A! – westchnął Ryba – chłopiecby srogość ojcowską zniósł, bo cierpliwy jest i poczciwy, ale uczyć się chce, a rodzic mu broni.
– Tak, aby z niego takiego niezdarę uczynił jak sam jest – krzyknął Żywczak. – Nie ujmuję ja czci szlachcie i panoszom, toć oni się biją i bronią nas a na świecie potrzebni są, ale i drudzy też ludzie, choć ziemię orzą i kupią wożą…
– Lub Boga chwalą – przerwał bakałarz.
Żywczak skłonił głowę.
– Chłopca więc weźmiecie? – spytał Ryba uradowany.
– Co nie mam go wziąść! – rzekł Żywczak. – Powiadacie, że to ma być Bogu na chwałę… a no i od kata wyzwolić też zasługa. Ino mi go jak dzień przyślijcie, bo ja na niego ani na nikogo czekać nie myślę. Komu w drogę temu czas. Dnie poczynają gorące być, chłodem trzeba do popasu.
– Sam go wam przyprowadzę – dziękując dodał odchodzący bakałarz.
Spieszył potem do szkoły, aby i dobrą wieść przynieść zamkniętemu i wyzwolić go z izby… Nie było się już co obawiać napaści starego Cedry, więc Grześ do komory przeszedł…
Gdy się to działo w szkole, Strzemieńczyk ciągle na syna powrót oczekiwał. W głowie mu się to nie mogło pomieścić, aby dziecko śmiało od niego uciekać. To ukrywanie się po wczorajszem obiciu, wydawało się najsroższej kary godnem. Bić go znowu wstręt miał i własnej popędliwości się obawiał, bo milcząca cierpliwość dziecka, wściekłość w nim rodziła… Postanowił więc, jak skoro się zjawi, w ciemnym loszku zasadzić go na chleb i wodę…
Czekał tylko rychło Zbilut, który też na niego czatował, da znać, że Grześ powrócił. Lecz oba czekali i wyglądali na próżno i gniew ojca coraz się wzmagał.
Po południu już zamiast zamknięcia do lochu, zaprzysięgał się obić go wprzódy i trzymać dopóty, pókiby nie obiecał poprawy.
Nad wieczór niepokój się wzmógł, Grzesia nie było… Zbilut nawet do ojca nie śmiał się zbliżyć.
Nadzieja powrotu dziecka słabła coraz, stary Cedro to gniewem się unosił, to czynił sobie wyrzuty. Łzy mimowolnie zbierały mu się pod powiekami. Zbilut parę razy probował zdaleka coś szepnąć do niego, i nie otrzymał odpowiedzi. Z twarzą zwróconą w stronę fary stał długo Cedro mrucząc coś niewyraźnego, noc nadeszła. Grzesia nie było.
Idąc do snu i całując ojca w rękę, Zbilut coś chciał powiedzieć o bracie, Cedro nogą uderzył w podłogę.
– Słyszysz! żebyś mi więcej imienia jego nie ważył się wspomnieć!…
Zyskał na tem młodszy, że ojciec mając go jednego, z oka już na chwilę nie spuszczał.
Бесплатно
Установите приложение, чтобы читать эту книгу бесплатно
О проекте
О подписке