Книга или автор
3,6
5 читателей оценили
112 печ. страниц
2016 год
12+

Adam Mickiewicz
Pan Tadeusz, (Tom Pierwszy)

KSIĘGA PIÉRWSZA
GOSPODARSTWO

TREŚĆ.

Powrot panicza – Spotkanie się piérwsze w pokoiku, drugie u stołu – Ważna Sędziego nauka o grzeczności – Podkomorzego uwagi polityczne nad modami – Początek sporu o Kusego i Sokoła – Żale Wojskiego – Ostatni Woźny Trybunału – Rzut oka na ówczesny stan polityczny Litwy i Europy.

    Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie;

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie

Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całéj ozdobie

Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.

    Panno święta, co jasnéj bronisz Częstochowy

I w Ostréj świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy

Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!

Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem,

(Gdy od płaczącéj matki, pod Twoję opiekę

Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę;

I zaraz mogłem pieszo, do Twych świątyń progu

Iść za wrócone życie podziękować Bogu;)

Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono.

Tymczasem przenoś moję duszę utęsknioną

Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,

Szeroko nad błękitnym Niemnem rosciągnionych;

Do tych pól malowanych zbożem rozmaitém,

Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem;

Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała,

Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała,

A wszystko przepasane jakby wstęgą, miedzą

Zieloną, na niéj zrzadka ciche grusze siedzą.

Śród takich pól przed laty, nad brzegiem ruczaju,

Na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju,

Stał dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany;

Świéciły się zdaleka pobielane ściany,

Tém bielsze że odbite od ciemnéj zieleni

Topoli, co go bronią od wiatrów jesieni.

Dóm mieszkalny niewielki lecz zewsząd chędogi,

I stodołę miał wielką i przy niéj trzy stogi

Użątku, co pod strzechą zmieścić się niemoże;

Widać że okolica obfita we zboże,

I widać z liczby kopie, co wzdłuż i wszerz smugów

Świecą gęsto jak gwiazdy; widać z liczby pługów

Orzących wcześnie łany ogromne ugoru

Czarnoziemne, zapewne należne do dworu,

Uprawne dobrze nakształt ogrodowych grządek:

Że w tym domu dostatek mieszka i porządek.

Brama na wciąż otwarta przechodniom ogłasza,

Że gościnna, i wszystkich w gościnę zaprasza.

Właśnie dwókonną bryką wjechał młody panek

I obiegłszy dziedziniec zawrócił przed ganek,

Wysiadł s powozu; konie porzucone same,

Szczypać trawę ciągnęły powoli pod bramę.

We dworze pusto: bo drzwi od ganku zamknięto

Zaszczepkami, i kołkiem zaszczepki przetknięto.

Podróżny do folwarku nie biegł sług zapytać,

Odemknął, wbiegł do domu, pragnął go powitać,

Dawno domu niewidział; bo w dalekiém mieście

Kończył nauki, końca doczekał nareszcie.

Wbiega i okiem chciwie ściany starodawne

Ogląda czule, jako swe znajome dawne.

Też same widzi sprzęty, też same obicia,

S któremi się zabawiać lubił od powicia;

Lecz mniéj wielkie, mniéj piękne niż się dawniéj zdały.

I też same portrety na ścianach wisiały.

Tu Kościuszko w czamarce krakowskiéj, z oczyma

Podniesionemi w niebo, miecz oburącz trzyma;

Takim był gdy przysięgał na stopniach ołtarzów,

Że tym mieczem wypędzi s Polski trzech mocarzów,

Albo sam na nim padnie. Daléj w polskiéj szacie

Siedzi Rejtan żałośny po wolności stracie,

W ręku trzyma nóż ostrzem zwrócony do łona,

A przed nim leży Fedon i żywot Katona.

Daléj Jasiński młodzian piękny i posępny;

Obok Korsak towarzysz jego nieodstępny

Stoją na szańcach Pragi, na stosach moskali

Siekąc wrogów a Praga już się w koło pali.

    Nawet stary stojący zegar kurantowy

W drewnianéj szafie poznał, u wniścia alkowy;

I z dziecinną radością pociągnął za sznurek,

By stary Dąbrowskiego usłyszyć mazurek.

Biegał po całym domu i szukał komnaty

Gdzie mieszkał dzieckiem będąc, przed dziesięciu laty.

Wchodzi, cofnął się, toczył zdumione źrenice

Po ścianach; w téj komnacie mieszkanie kobiéce?

Któżby tu mieszkał? stary stryj niebył żonaty;

A ciotka w Petersburgu mieszkała przed laty.

To niebył ochmistrzyni pokój? Fortepiano?

Na niém noty, i książki; wszystko porzucano

Niedbale i bezładnie; nieporządek miły!

Niestare były rączki co je tak rzuciły.

Tuż i sukienka biała, świeżo s kołka zdjęta

Do ubrania, na krzesła poręczu rospięta.

A na oknach donices pachnącemi ziołki,

Gieranium, lewkonia, astry i fijołki.

Podróżny stanął w jedném z okien – nowe dziwo:

W sadzie, na brzegu niegdyś zarosłym pokrzywą

Był maleńki ogródek ścieszkami porznięty.

Pełen bukietów trany angielskiéj i mięty.

Drewniany drobny w cyfrę powiązany płotek

Połyskał się wstążkami jaskrawych stokrotek.

Grządki widać że były świeżo polewane;

Tuż stało wody pełne naczynie blaszane,

Ale nigdzie niewidać było ogrodniczki;

Tylko co wyszła; jeszcze kołyszą się drzwiczki

Świeżo trącone, blisko drzwi ślad widać nóżki

Na piasku, bez trzewika była i pończoszki,

Na piasku drobnym, suchym, białym nakształt śniegu;

Ślad wyraźny lecz lekki, odgadniesz że w biegu

Chybkim był zostawiony nóżkami drobnemi

Od kogoś, co zaledwie dotykał się ziemi.

Podróżny długo w oknie stał patrząc, dumając,

Wonnemi powiewami kwiatów oddychając,

Oblicze aż na krzaki fijołkowe skłonił,

Oczyma ciekawemi po drożynach gonił,

I znowu je na drobnych śladach zatrzymywał,

Myślał o nich i czyje były odgadywał.

Przypadkiem oczy podniósł, i toż na parkanie

Stała młoda dziewczyna – białe jéj ubranie

Wysmukłą postać tylko aż do piersi kryje,

Odsłaniając ramiona i łabędzią szyję.

W takiém Litwinka tylko chodzić zwykła z rana,

W takiém nigdy niebywa od męsczyzn widziana;

Więc choć świadka niemiała, założyła ręce

Na piersiach, przydawając zasłony sukience.

Włos w pukle nierozwity, lecz w węzełki małe

Pokręcony, schowany w drobne strączki białe,

Dziwnie ozdabiał głowę, bo od słońca blasku

Świecił się, jak korona na świętych obrasku.

Twarzy niebyło widać, zwrócona na pole

Szukała kogoś okiem, daleko, na dole;

Ujrzała, zaśmiała się i klasnęła w dłonie,

Juk biały ptak zleciała s parkanu na błonie,

I wionęła ogrodem, przez płotki, przez kwiaty,

I po desce opartéj o ścianę komnaty,

Nim spostrzegł się, wleciała przez okno, świecąca,

Nagła, cicha i lekka, jak światłość miesiąca.

Nócąc chwyciła suknie, biegła do zwierciadła;

W tém ujrzała młodzieńca i z rąk jéj wypadła

Suknia, a twarz od strachu i dziwu pobladła.

Twarz podróżnego barwą spłonęła rumianą,

Jak obłok gdy z jutrzenką napotka się ranną;

Skromny młodzieniec oczy zmrużył i przysłonił,

Chciał coś mówić, przepraszać, tylko się ukłonił

I cofnął się; dziewica krzyknęła boleśnie,

Niewyraźnie, jak dziecko przestraszone we śnie;

Podróżny zląkł się, spojrzał, lecz już jéj niebyło,

Wyszedł zmieszany i czuł że serce mu biło

Głośno, i sam niewiedział czy go miało śmieszyć

To dziwaczne spotkanie, czy wstydzie, czy cieszyć.

Tymczasem na folwarku nieuszło baczności,

Ze przed ganek zajechał któryś z nowych gości.

Już konie w stajnię wzięto, już im hojnie dano

Jako w porządnym domu i obrok i siano:

Bo Sędzia nigdy niechciał, według nowéj mody,

Odsyłać konie gości żydom do gospody,

Słudzy niewyszli witac, ale niemyśl wcale

Aby w domu Sędziego służono niedbale;

Słudzy czekają nim się Pan Wojski ubierze,

Który teraz za domem urządzał wieczerzę.

On Pana zastępuje i on w niebytności

Pana, zwykł sam przyjmować i zabawiać gości;

(Daleki krewny pański i przyjaciel domu).

Widząc gościa na folwark dążył pokryjomu;

(Bo niemógł wyjść spotykać w tkackim pudermanie,)

Wdział więc jak mógł najprędzéj niedzielne ubranie

Nagotowane z rano, bo od rana wiedział,

Że u wieczerzy będzie z mnóstwem gości siedział.

Pan Wojski poznał zdala, ręce roskrzyżował

I s krzykiem podróżnego ściskał i całował;

Zaczęła się ta prętka, zmieszana rozmowa,

W której lat kilku dzieje chciano zamknąć w słowa

Krótkie i poplątane, w ciąg powieści, pytań,

Wykrzykników i westchnień i nowych powitań.

Gdy się Pan Wojski dosyć napytał, nabadał,

Na samym końcu dzieje tego dnia powiadał.

«Dobrze mój Tadeuszu,» (bo tak nazywano

Młodzieńca, który nosił Kościuszkowskie miano

Na pamiątkę, że w czasie wojny się urodził,}

«Dobrze mój Tadeuszu, żeś się dziś nagodził

Do domu, właśnie kiedy mamy panien wiele.

Stryjaszek myśli wkrótce sprawić ci wesele;

Jest s czego wybrać; u nas towarzystwo liczne

Od dni kilku zbiera się na sądy graniczne,

Dla skończenia dawnego z Panem Hrabią sporu,

I Pan Hrabia ma jutro sam zjechać do dworu;

Podkomorzy już zjechał z żoną i s córkami.

Młodzież poszła do lasu bawić się strzelbami,

A starzy i kobiety żniwo oglądają

Pod lasem, i tam pewnie na młodzież czekają.

Pójdziemy jeśli zechcesz, i wkrótce spotkamy

Stryjaszka, Podkomorstwo i szanowne damy.»

Pan Wojski s Tadeuszem idą pod las drogą

I jeszcze się dowoli nagadać niemogą.

Słońce ostatnich kresów nieba dochodziło,

Mniéj silnie ale szerzéj niż we dnie świeciło,

Całe zaczerwienione, jak zdrowe oblicze

Gospodarza, gdy prace skończywszy rolnicze

Na spoczynek powraca: już krąg promienisty

Spuszcza się na wierzch boru, i już pomrok mglisty

Napełniając wierzchołki i gałęzie drzewa,

Cały las wiąże w jedno i jakoby zlewa;

I bór czernił się nakształt ogromnego gmachu,

Słońce nad niém czerwone jak pożar na dachu;

Wtém zapadło do głębi; jeszcze przez konary

Błysnęło, jako świeca przez okienic szpary,

I zgasło. I wnet sierpy gromadnie dzwoniące

We zbożach, i grabliska suwane po łące,

Ucichły i stanęły: tak Pan Sędzia każe,

U niego ze dniem kończą pracę gospodarze.

«Pan świata wié jak długo pracować potrzeba;

«Słońce Jego robotnik kiedy znidzie z nieba,

«Czas i ziemianinowi ustępować s pola.»

Tak zwykł mawiać Pan Sędzia; a Sędziego wola

Była Ekonomowi poczciwemu święta.

Bo nawet wozy, w które już składać zaczęto

Kopę żyta, niepełne jadą do stodoły;

Cieszą się z niezwyczajnéj ich lekkości woły.

Właśnie z lasu wracało towarzystwo całe,

Wesoło lecz w porządku; naprzód dzieci małe

Z dozorcą, potem Sędzia szedł s Podkomorzyną,

Obok pan Podkomorzy otoczon rodziną;

Panny tuż za starszemi, a młodzież na boku;

Panny szły przed młodzieżą o jakie pół kroku,

(Tak każe przyzwoitość) nikt tam nie rosprawiał

O porządku, nikt męsczyzn i dam nie ustawiał,

A każdy mimowolnie porządku pilnował.

Bo Sędzia w domu dawne obyczaje chował,

I nigdy nie dozwalał, by chybiano względu

Dla wieku, urodzenia, rozumu, urzędu;

Tym ładem, mawiał, domy i narody słyną,

Z jego upadkiem domy i narody giną.

Więc do porządku wykli domowi i słudzy;

I przyjezdny gość, krewny albo człowiek cudzy

Gdy Sędziego nawiedził, skoro pobył mało,

Przejmował zwyczaj, którym wszystko oddychało.

Читать книгу

Pan Tadeusz

Адама Мицкевича

Адам Мицкевич - Pan Tadeusz
Читать книгу онлайн бесплатно в электронной библиотеке MyBook
Начните читать бесплатно на сайте или скачайте приложение MyBook для iOS или Android.